28-05-2007 Święty
 

Opowieść Niesamowita

Chciałem was zaprosić do udziału w zabawnym projekcie. Chodzi o wspólne napisanie opowiadania (kto wie może wyjdzie powieść). Ja zaczynam. Napisałem krótki fragment, proszę was o kontynuację. Każdy z nas będzie coś dodawał i w końcu wyjdzie. Nie wiadomo w którą stronę pójdzie oraz jak i czy w ogóle się skończy. Sugeruję abyście zamieszczali w miarę obszerne i w miarę zamknięte fragmenty tekstu, coś w rodzaju kolejnych rozdziałów czy podrozdziałów. Chodzi o to żeby nie dodawać po jednym zdaniu. Pamiętajcie, że to tylko sugestia i jeśli wam nie pasi, to ją olejcie. W każdym razie posty nie będące treścią opowiadania będę usuwał lub przenosił. Dobra nie będę już gadał bzdur, już zaczynamy, już nie czekamy, start, start, start !!!

Sekretarka planu >>

Święty  

31.   10.7.2007   16:49:9 Święty
Po wyjściu Kingi, Kacper nie mógł pozbierać myśli. Był wzburzony, wściekły, wystraszony. Trzęsły mu się ręce. Usiadł, za chwilę wstał. Próbował się ogarnąć. Coś ze sobą zrobić. Chodził nerwowo po pokoju.

Wyciągnął z biurka kartkę i próbował zapisać wszystkie fakty i możliwości. Rozważał różne scenariusze. Wiedziałem, wiedziałem że nic dobrego z tego nie wyjdzie, pomyślał. Szybko przebierał się w cywilne ciuchy, miał ochotę na spacer.

Nie chciał z nikim rozmawiać. Udało mu się przemknąć do lasu bez spotykania kogokolwiek. Próbował zebrać myśli. Całe popołudnie spędził w lesie, na rozmyślaniach. Sądził że to go uspokoi. Niestety wciąż nie mógł dojść do siebie.

Bardzo potrzebował z kimś porozmawiać, wiedział że nazajutrz ma umówione spotkanie z Pawłem.
Postanowił jednak, natychmiast do niego jechać. Nawet nie zadzwonił. Nie to mu było w głowie. Wbiegł na plebanię. Wziął kluczyki i już siedział w swojej furze. Jak najszybciej chciał się znaleźć u Pawła. Fura była szybka więc to żaden problem, raz dwa i już będą rozmawiać. Docisnął gaz i pognał w stronę Szczecina.

W tym samym czasie. Z Wałcza jechał na rowerze stary Rębiech. Jak co niedziela, po płomiennym kazaniu proboszcza, Rębiech podejmował postanowienie poprawy. Jechał wtedy od Wałcza porozmawiać z Romanem, swoim dawnym znajomym ze szkolnej. Zazwyczaj rozmowa szybko przenosiła się do brudnej acz zacnej knajpki o wdzięcznej nazwie:”Śledzik”. Gdy już wyczerpali wszystkie wzniosłe oraz przyziemne tematy, Rębiech wsiadał na rower i wracał do domu. Zawsze też żona robiła mu z tego powodu awanturę.

Rębiech właśnie brał piękny pijacki zakręt, gdy kątem oka bardziej wyczuł niż zauważył, niebezpieczeństwo. Spróbował zrobić jakiś nagły manewr rowerem...

Przerażenie ścisnęło Kacpra za serce. Zza zakrętu wyskoczył mu prosto pod koła, pijany rowerzysta. Kierowca zrobił unik i wpadł w poślizg. Rębiechowi świat zatańczył dookoła i wjechał do rowu. Kacper miał mniej szczęścia. Zaliczył przepiękne dachowanie i wylądował w polu jakieś trzydzieści metrów od drogi.

Przybyło pogotowie i policja, wezwane przez jakichś przejezdnych. Prawie nietkniętego Rębiecha odwieziono na posterunek, a nieprzytomnego Kacpra w stanie krytycznym, do Szczecińskiego szpitala.
32.   21.7.2007   13:3:53 Szczepan Zamokły - Satanowski
Sprawy przybrały niespodziewany obrót. Kacper został poskładany przez szczecińskich chirurgów, którzy za stosowną namową arcypasterza szczecińsko-kamieńskiego wynoszącą kilka tysięcy złotych przerwali na chwilę akcje strajkową i już po miesiącu Kacper rozpoczął rekonwalescencję, zyskując szczególną sympatię u młodych pielęgniarek. Auto miał ubezpieczone w PZU, a w zachodniopomorskim oddziale zakładu szefował – od czasów Wieczerzaka – człowiek posadzony na stołku przez wpływowego polityka AWS, potem SKL obecnie PO, który sprzyjał kurii (chociaż słowo sprzyjał jest tu eufemizmem) i dostał polecenie życzliwego potraktowania sprawy. Kacper jak tylko w miarę się pozbierał upoważnił Witka do wszystkich formalności i zaraz dotarła do niego informacja, że w Pustkowie czeka na niego nowe autko, z którego będzie na pewno zadowolony. Co kilka dni Witek zawoził panią Stefanię do Szczecina, która zabierała ze sobą przysmaki, które pozwalały wrócić wikaremu do względnego zdrowia.

Proboszcz zarządził modły za zdrowie Kacpra. Baby pojechały do Lichenia na autokarową pielgrzymkę w intencji poszkodowanego kapłana. Mówili o tym nawet w Radio „MARYJA”. Raz tylko doszło do kłótni pomiędzy proboszczem a przebywającym na parafii młodym księdzem Remigiuszem Trenknerem. Ksiądz „postępowiec” na kazaniu kazał się modlić nie tylko za Kacpra ale i za Rębiecha…

- Czy ksiądz oszalał? Ksiądz sobie tu na wiosce robi laboratorium? Lud jest od pokoleń chowany, że jak jest zło to się modlimy za ofiarę zła a nie za sprawcę. To jest podstawa naszej pozycji. Może jeszcze mieliśmy się modlić za okupanta i za komuchów?

- Papież przecież mówił o miłosierdziu, że…

- Niech sobie ksiądz daruje te teksty! One się nadają do „Tygodnika Powszechnego”! Niech ksiądz zapamięta, że ja nie pozwolę żeby tu poprzestawiać moich ludzi do góry nogami! Dwadzieścia pięć lat tu jestem proboszczem. Jak tu przyjechałem to ubecja księży w bagażnikach woziła i topiła w rzekach. Może za zabójców księdza Jerzego też ksiądz się każe modlić? Co?

- Tak, przecież…

Rozmowę, prowadzoną na korytarzu plebanii, przerwały nagle otworzone drzwi, w których pojawiła się zapłakana Rębiechowa. Zobaczyła Remigiusza, padła przed nim na kolana, zaczęła całować po rękach i zawodzić: „Święty człowiek, święty, święty człowiek!”

Trenkner uspokajał starą babę a proboszcz po raz pierwszy pomyślał, że jest stary, może za stary…


Starego Rębiecha sąd doraźny skazał na trzy lata w zawieszeniu i cztery tysiące grzywny oraz odszkodowanie dla Kacpra jedenaście tysięcy. Co prawda skutki wypadku upoważniały do wsadzenia Rębiecha od razu za kratki, ale nikt nie wnikał w szczegóły procesu. Tak samo jak nikt nie wnikał dlaczego z konta Rębiecha, na którym miał oszczędności z dotacji unijnych zniknęło dużo więcej pieniędzy niż zasądzona grzywna i odszkodowanie. Żona sędziego Jana Łapy z wałeckiego sądu, orzekającego w tej sprawie, też nie wnikała skąd nagle w ich domu pojawił się najnowszy zestaw kina domowego…

Maciek i Rafał wrócili do woja. Maciek nie spotkał się w końcu z Pawłem bo z imprezy w Szczecinie, w związku z wypadkiem Kacpra, nic nie wyszło.

Paweł nie pozbierał się po śmierci Ani. Jego psychika poddała się, nie podjęła walki. W przypływie szoku przeszukał mieszkanie Ani i wszystkie prochy jakie znalazł spuścił w klozecie. Gdy przyjechała policja i pogotowie mieszkanie było czyste. Psy niby podejrzewały go o coś, ale nie mogli niczego pozbierać do kupy, a Paweł był tak odizolowany od świata, że nie daliby rady go w nic wrobić. Tak więc kolejne awanse i nagrody za rozbicie dilerskiej siatki musiały poczekać na jakąś inną tragiczną okazję.

Na pogrzebie był, ale nie poszedł na stypę. Zalał się w trupa i robił tak przez kolejne tygodnie. Trzeźwiał tylko po to by się znowu upić. Wyglądał jak więzień Auschwitz. Koledzy okazali się kolegami… Przysyłali SMSy jak to jest im przykro, ale że musi się pozbierać, nie poddawać, żeby wyskoczył na piwo, że trzeba żyć. Nikt nie poczuł się odpowiedzialny za to, że na ich oczach ginie wartościowy człowiek, którego po prostu trzeba przez kilka tygodni przypilnować przed nim samym. Paulina, z którą swego czasu Paweł się czasami pieprzył przyszła parę razy, przyniosła nawet zakupy, raz czy dwa zaopatrzyła go w kokę. Nie mogła jednak znieść widoku (i nie tylko widoku) człowieka, który przestał dbać o siebie, i który żył – co tu dużo ukrywać – w chlewie. Przecież podstawą ich znajomości był jej pociąg fizyczny do niego nic więc dziwnego, że wkrótce zaprzestała wizyt.

Dokładnie miesiąc po śmierci Ani Paweł przeżył dziwny sen. W tym śnie ktoś, jakiś człowiek na ulicy, powiedział mu, że Ania żyje. Zerwał się z łóżka i nie mógł zasnąć do rana. Lodówka była pusta tak samo jak portfel i konto. Rano, trzęsącymi się rękami ogolił twarz i wszedł do wanny. W ciuchach przeszukał kieszenie i pozbierał reszty. Wyszło tego prawie pięć dych. Kolejne kilka godzin zajęło mu sprzątanie mieszkania. Pedantyczne i dokładne. Tak jak lubił. I z muzą Red Hotów w tle. Potem nastawił pranie. Wyszedł na zakupy na Turzyn. Dzielnie ominął półki z piwem i stoisko z alkoholem. Wracając wstąpił do fryzjera. W drodze powrotnej, przy Pocztowej, minął kościół. Nie wiedzieć dlaczego wszedł do niego. Usiadł na ostatniej ławce i zaczął myśleć. Po raz pierwszy od miesiąca. Pusty śmiech go ogarnął na widok starej babci klęczącej w jednej z przednich ławek, mamroczącej zdrowaśki i przesuwającej palce po paciorkach różańca. I wtedy poczuł jak jakaś siła go wypycha stamtąd. Próbował to opanować. Chłód i spokój świątyni odpowiadały mu w tej chwili i chciał jeszcze parę minut posiedzieć. Ale jakby coś go wyciągnęło siło. Jakaś siła, której nie potrafił opisać. Przed kościołem zawirował mu świat. Omal nie zemdlał. Być może skutki tak długiego nadużywania alkoholu…

Gdy wrócił do domu przeżył kolejny szok. W jego fotelu siedział facet z ostatniego snu! Niewiarygodne. Pomyślał, że śni. Nie wiedział w jakim jest wymiarze. Ale to nie był sen.

Facet miał marynarkę rodem z epoki wiktoriańskiej. Szkarłatny krawat z wielką perłowo zakończoną igła wbitą w węzeł. Siwe, długie włosy opadające na boki twarzy. Na policzkach blizny układające się w jakiś szamański znak. Orli nos i nie pasujące do reszty wyglądu zielone oczy. Paweł był przerażony. Oskarżał swoją psychikę, że płata mu figle. To było straszne, ale straszniejsze było to, że nie mógł nad tym zapanować. W mieszkaniu było tak zimno jak w kostnicy, w której po raz ostatni widział ciało swojej Ani. Postać odezwała się:

- Darujmy sobie krzyki, szczypanie się, pytanie kim jestem i tak dalej. Jestem diabłem i chcę by to było jasne. Twoja dziewczynka nie trafiła do nas. To znaczy trafiła, ale mamy pewien kłopot z jej umieszczeniem. Mój szef, darujmy sobie pytania i odpowiedzi na jego temat, był zafascynowany jej historią. Sprawa jest prosta. Możemy troszkę zmienić Twoje życie. Możesz odzyskać Anię. Oczywiście nie da rady cofnąć czasu. Kto inny nim rządzi… Nazywają go panem historii. Ha, ha, ha… Musielibyśmy cię zabić. Na niby. Wtedy byś zniknął i pojawił się ze swoją dziewczyną gdzie indziej. W innym miejscu, być może w innym czasie. Zresztą moglibyście coś sobie wybrać…Zastanów się. Oczywiście nie muszę dodawać jak banalny jest warunek tego wszystkiego? Że śmierć za śmierc? Musisz kogoś zabić. Pozdrawiam i żegnam. Będę tu jutro o tej samej porze. Musisz mi wtedy odpowiedzieć. Jeśli się zdecydujesz będziesz miał tydzień na zabicie kogoś. Musi to być młody i zdrowy człowiek. Mężczyzna lub kobieta. Żaden staruch ani inwalida bądź nieuleczalnie chory. Do widzenia.

Paweł nie zapamiętał jak zniknął ten człowiek. Trząsł się z zimna a może ze strachu. Dokładnie jak wtedy gdy poczuł, że stracił Ankę…
33.   27.7.2007   13:29:35 Święty
Paweł nie mógł spać przez całą noc. Przewracał się z boku na bok, zapadał w jakieś dziwne drzemki. Z jednej strony bardzo odczuł stratę Ani, poza tym czuł że to właśnie na nim spoczywa odpowiedzialność za jej śmierć. Wiedział że bardzo go kochała i strasznie mu było ze świadomością że już jej nigdy nie zobaczy. Z drugiej strony zabicie człowieka napełniało go odrazą. Czuł w sobie olbrzymi hamulec, który nie pozwolił by mu tego zrobić. Miał szacunek do życia i przypuszczał że mógłby to zrobić jedynie w ostateczności. Teraz niestety musiał wybierać. Chciał się zobaczyć z Anią, choć raz.

Wstał, pokręcił się po mieszkaniu, obejrzał wiadomości, podrapał się w jaja i zasnął w fotelu. Gdy się obudził mało nie dostał zawału. Chciał podskoczyć, ale nie mógł. Na jego kolanach siedział wczorajszy gość i wpatrywał się w niego uważnie.

-Siema jak się spało ?
-Kkktóra gggodzina ?
-16:66 ha ha ha.
-Ładna wizyta o mało nie umarłem.
-Ha ha ha .
-Bardzo śmieszne.
-No szef mnie goni decyduj się.
-Chwileczkę, jeszcze moment.
-Nie ma momentów nie mam czasu. Przecież już się zdecydowałeś.
-Zdecydowałem się, zabiję człowieka, młodego, nie inwalidę.
-No zuch chłopak, a oto cyrograf.

Tutaj Diabeł wyciągnął eleganckiego palmtopa z czytnikiem linii papilarnych.

-A widzisz teraz tak to się robi. Nowocześnie, elegancko. Już nie zalegają u nas tony papierów jak dawniej, wszystko idzie naprzód. W sumie jako informatyk mógłbyś mieć u nas niezłą fuchę. Może kiedyś złożymy ci ofertę. A teraz przeczytaj i przyłóż kciuk.
-Mogę jeszcze zapytać, skąd u ciebie ten archaiczny strój, skoro używasz palmtopa.
-A wiesz, to trochę kwestia upodobania, a trochę efektu. Taki strój robi o wiele lepsze wrażenie na rozmówcy, niż strój współczesny. Dobra podpisuj.
-Co tu jest napisane ? Mam ci jeszcze kupić 10 kilo żelków Haribo ? O co chodzi ? To już chyba przesada.
-No cóż taka słabość, nic takiego. Mały aneks i tyle. Nic ważnego. No już, podpisuj.

Paweł przytknął palec do czytnika. Palmtop zapipczał, a Paweł poczuł, że musi się zdrzemnąć. Gdy się obudził gościa już nie było.
34.   29.7.2007   13:58:21 Święty
Paweł wstał. Postanowił nie tracić czasu. Szybko się ogarnął, wziął wszystko co potrzebne i podniecony wyszedł z domu. Przebiegał myślami wszystkie zdarzenia. Nie mógł w to wszystko uwierzyć. Myślał że to może efekt poalkoholowego wyczerpania organizmu. Ale nie. Na pewno nie było by to takie realistyczne. Przecież gadał z tym gościem, a nawet czuł jego ciężar na własnych kolanach. Poza tym wiedział z filmów i książek, że diabeł często właśnie tak się zachowuje. Więc gość był prawdziwy. Nie wiedział tego na pewno, ale w to wierzył i chciał w to wierzyć.

Zatrzymał się przy jakiejś bramie i nacisnął numer 6.

- Kto tam?
- Poczta.
- O tej porze? Co pan pieprzysz.

Kurde, pomyślał. Stary numer się nie udał. Nacisnął numer 10.

- Kto tam?
- Poczta.
- To znowu pan? Ile razy mam powtarzać że nie dam się na to nabrać.

Zupełnie skołowany, poszedł do następnej bramy i nacisnął numer 7.

- Kto tam?
- Hipopotam.
- Aaaa pan listonosz, już otwieram. Bzzzzzzz...

No ładnie, pomyślał. Czy to ja jestem jakiś inny, czy ktoś tu się ze mnie naśmiewa ? Szybko wszedł do windy. Jazda na górę dłużyła się niemiłosiernie. Myśli pędziły przez jego głowę z niesamowitą prędkością. Cała ta gonitwa zdała mu się bzdurą, złudzeniem, niepotrzebną bieganiną. Wyłączył się z tego biegu. Siedział, jak siedzi człowiek nad rzeką i obserwował ten przepływ, jak obserwuje się płynącą wodę. Odpadł, wyciszył się. Teraz nic nie mąciło jego spokoju.

Wszystko zarysowało mu się zupełnie inaczej. Zobaczył, zrozumiał tyle, ile mógł zrozumieć bez podejmowania wysiłku. Teraz już wiedział, że jeżeli Absolut jest liną, to człowiek jest supłem na tej linie. Ale jest supłem zawiązanym w ten sposób, że wystarczy tylko mocniej pociągnąć za oba jej końce, żeby go rozplątać. Supeł znika, ale nadal pozostaje lina, z której był zrobiony.

Winda dojechała na ostatnie piętro. Zupełnie już spokojny Paweł otworzył zabranym z domu śrubokrętem zabite gwoźdźmi okno. Bez szczególnego pośpiechu, ale i też bez marudzenia wgramolił się na dach. Poszedł kilka lub kilkanaście kroków i już stał na krawędzi.

Młody człowiek, nie kaleka, ha ha ha. Masz mnie frajerze, i wyszedł jak Małysz z progu, wywijając przy tym efektowne salto.
35.   29.7.2007   13:59:2 Święty
Przez ostatni miesiąc Zenek coraz rzadziej wspominał „rozmowę” z Plejadianami. Teraz już nawet nie bardzo wierzył w jej autentyczność. Fakt, że przez pierwszy tydzień się tym zadręczał, ale za sprawą Kaśki jakoś w końcu zapomniał. Układało im się nie najgorzej. Zenek już prawie miał całą kasę na wymarzony motor. Planowali jakieś fajne wspólne wakacje. Nie wiedzieli jeszcze, gdzie chcą jechać. Myśleli o Egipcie, Tunezji, Grecji i paru innych krajach. Śledzili razem oferty biur podróży i to też miało swój urok. Ich sprzeczki i wzajemne przekomarzania dotyczące miejsca spędzenia wakacji. Trochę w tym wszystkim przypominali parę zakochanych piętnastolatków lub parę zakochanych osiemdziesięciolatków.

Tak, można powiedzieć, że byli szczęśliwi. W łóżku układało im się świetnie. Robili to z pięć razy dziennie i prawie zawsze ostro. To było coś, czego Kaśka od dawna potrzebowała, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę.

I właśnie tego dnia, kiedy Paweł skoczył z dachu, a Zenek zmęczony miłością spał w objęciach Kaśki, znowu się to stało.

- Witaj, nędzna istoto!!!
- O nieeee...
- Co, myślałeś, że jak zapomnisz, to i my zapomnimy? Właśnie dlatego wy ludzie nigdy do niczego nie dojdziecie.
- Nieeee, proszę, tylko nie wy.
- A właśnie, że my.
- Nie!!! Proszę.
- A chcesz se kupić motór?
- Chcę.
- A może mamy ci zainstalować sondę w dupie? Wiesz, ten najnowszy model czasem się psuje i wtedy... Chcesz ?
- Niee ...
- No to słuchaj.
- ...
- Coś mało o nas w tej opowieści, więc postanowiliśmy trochę namieszać. Musisz nam w tym pomóc.
- Ale jak?
- Od myślenia to jesteśmy my. Ty nie myśl tylko rób. Za parę dni znów się zjawimy, więc bądź na to przygotowany. Wtedy powiemy ci, co i jak masz robić. Zgoda?
- Nno chyba tak.
- Jakie chyba? Przypominamy o sondzie. No to jak?
- No dobra. Niech wam będzie.

Potem Zenek śnił jeszcze o fajnych dupach, motorach i piłce nożnej. Chyba dlatego rano wstał nadzwyczaj wypoczęty. Posunął Kaśkę ze trzy razy, umył się i wyszedł z domu.
36.   29.7.2007   14:5:58 Święty
Obraz powoli się rozjaśniał i nabierał kształtu. Już dało się rozpoznać kolory, lecz nadal był problem z przypisaniem kształtom ich właściwych znaczeń. W końcu i tę trudność udało się przezwyciężyć. Pewien kształt był coraz bardziej znajomy. I nagle olśnienie. Paweł rozpoznał w owym kształcie twarz swojego tajemniczego gościa, który nazywał siebie Diabłem.

- Witaj
- Ee hheh heh...
Zachrypiał w odpowiedzi Paweł. Mówienie sprawiało mu jeszcze kłopot.

- No no. Spryciarz z ciebie. Nieźle to rozegrałeś.
- Gdzie jestem? Gdzie Ania?
- O, jakiś ty niecierpliwy.
- Zabiłem młodego człowieka, nie kalekę.
- He he he. Pamiętaj, z kim rozmawiasz. Trzeba było sprawdzić to, co było napisane białą czcionką. A to właśnie było napisane białą czcionką. I jeszcze to, że w razie niespełnienia umowy, zabieramy wasze dusze na własność.
- Ty oszuście!!!
- Jaki oszuście? Liczy się treść umowy. Trzeba było sprawdzić dokładniej. To że czegoś nie widać, wcale nie znaczy, że tego nie ma.
- Gdzie jestem?
- Gdzie jestem, gdzie jestem. Jesteś już nudny. Jesteś w szpitalu. Spadłeś na drzewo którego gałęzie, trochę cię wyhamowały, a potem prosto w krzaki. Możesz uważać to za przypadek, jednak temu przypadkowi osobiście trochę pomogłem. Nie próbuj się znowu zabijać, bo zawsze skończy się tak samo. Będziesz ranny bądź potłuczony. Będzie cię bolało, ale nie zginiesz.
- No to ładnie.
- Sam podpisałeś.
- I co teraz ?
- Jeśli jesteś rozsądny, to zrobisz to, do czego się zobowiązałeś. Pamiętaj że jestem tu, żeby ci pomóc.
- Jasssne. Jak zwykle.
- Wiesz, twój skok powiązał pewne ścieżki zdarzeń. Teraz chcę ci pomóc, ułatwić ci działanie.
- Jak to? Już nic nie rozumiem.
- Chodzi o to że, znajdujesz się w odpowiednim miejscu. W o wiele bardziej odpowiednim niż przed skokiem. Oczywiście masz prawo uważać, że to przypadek.
- Mówże w końcu, o co ci chodzi?
- No jak o co? Przecież wiadomo, że ciągle o to samo. Chodzi o Anię, o ciebie i o twoją przyszłą ofiarę.
- Pffff, też mi odkrycie.
- Mam ci coś ważnego do pokazania.

W tym momencie gość wyciągnął zza pazuchy palmtopa. Włączył i podał Pawłowi.

- O nie, znowu to szachrowane pudełko. Jak teraz chcesz mnie oszukać?
- Nie martw się, tym razem to czysta sprawa. Wejdź do katalogu E:/inProgress/AniaPawel/Ania/5 i odtwórz filmik.
- Ania? O boże, a co to?

Pawłowi łzy nabiegły do oczu. Poczuł mdłości i wściekłość. Wszystkie uczucia naraz zmieszane i wirujące. Mało nie stracił przytomności. Gość położył mu rękę na czole i Paweł trochę się uspokoił. Wycedził przez łzy.

- A co to było?
- Sam widziałeś, co to było, tylko się boisz prawdy i nie chcesz nazywać tego po imieniu. Naprawdę cię polubiłem i przykro mi zadawać ci te cierpienia. Niestety muszę. Zaraz wszystko się wyjaśni.
- Już mam dość tych podchodów. Mów, o co ci chodzi. Co widziałem?
- Wiesz, co widziałeś, ale i tak jestem ci winny wyjaśnienie. Filmik pochodzi z kamery przemysłowej. Gość, który w kostnicy posuwał zwłoki twojej Ani, myślał, że znajduje się poza polem widzenia kamery. Na szczęście my, diabły, mamy swoje sztuczki.
- Kto to jest? Zabiję skurwysyna, ale najpierw go zamęczę tak, że będzie błagał o dobicie.
- Brawo!!! Szybko się uczysz. Właśnie o to chodziło. Tortury możesz sobie darować. Już my się nim porządnie zajmiemy.
- Ale, ale. Nie nabierasz mnie? Niby widziałem filmik, ale wiesz, co teraz można zrobić z obrazem.
- Sam najlepiej wiesz, co widziałeś. Odpowiedz sobie na to pytanie. Ja oczywiście twierdzę, że film jest autentyczny.
- No dobra. Załóżmy, że ci wierzę. Jak go dorwać?
- Możesz twierdzić, że to tylko zbieg okoliczności, przypadek, ale ten gość pracuje właśnie w tym szpitalu, w kostnicy. Zwą go “Zimny Waldek”. Dobra, muszę zmykać, idzie pielęgniarka. Nie byłoby dobrze, gdyby nas zauważyła razem. Jeszcze tylko zwróć uwagę, jaki ma fajny tyłeczek. Pa!
37.   31.7.2007   22:22:44 Matka Generalna
- Kretynie, myślałeś, że my ci się tylko śnimy? - Zenek usłyszał znajomy głos za plecami. Zrobiło mu się zimno, poczuł, jak na całym ciele robi mu się gęsia skórka. Chciał udawać, że wszystko jest ok, ale..

Chciał też się odwrócić, bardzo chciał, ale coś go przed tym powstrzymywało. Nie był w stanie nawet poruszyć głową w bok. Szedł prosto przed siebie, jakby był w tunelu.

Słyszał za sobą kroki. Osoba za nim szła w tym samym tempie co on. Próbował przyspieszyć - kroki tak samo przyśpieszały. Gdy zwalniał, tajemnicza postać za nim również zwalniała.

"Trzymają mnie na dystans, chcą mnie wystraszyć, ale ja się nie dam" pomyślał. Przynajmniej to sobie próbował wmówić. Nie bardzo w te słowa wierzył.

- Hej, pamiętaj o naszej umowie - ktoś szepnął mu prosto w ucho. Znów nie był w stanie się odwrócić. Nie poczuł nawet ciepła oddechu osoby, która do niego mówiła, a był przekonany, że osoba ta była bardzo, bardzo blisko.. - Pamiętaj..

Znów przyśpieszył. Słyszał odgłos drugiej pary butów, jak echo podążających za jego krokami. Szedł coraz szybciej i szybciej, zaczął biec.

Nagle zorientował się, że jest w szczerym polu, a dookoła niego nie było ani żywego ducha.
38.   1.8.2007   0:27:31 Święty
Po chwili poczuł, że coś jeszcze dziwniejszego zaczyna się z nim dziać. Poczuł coś w rodzaju euforii. Nie mógł się opanować. Zaczął biegać, skakać, turlać się i wywijać najdziksze ewolucje. Nawet się nie bał, już powoli przyzwyczajał się do obcowania z Plejadianami. Poza tym to, co działo się z nim teraz, odbierał jako przyjemne. Przed oczami wirowały mu kolorowe plamy, które czasem układały się w kalejdoskopowe wzory. Teraz już się nie turlał. Pędził po polu jak szalony we wszystkie strony. Gdzieś na dnie świadomości cicho pobrzękiwała myśl, że to, co teraz robi jest zupełnym idiotyzmem. Trochę się bał, że ktoś to zobaczy, jednak nie mógł się opanować.

Po dwóch godzinach jego stan znacznie się uspokoił. Zenek wrócił więc do domu. Był skrajnie wyczerpany. Na szczęście, jego Kaśki dziś u niego nie było. Poszedł do lodówki, otworzył sobie piwo i usiadł w fotelu. Jeszcze przed chwilą miał w głowie chaotyczne kłębowisko myśli. Teraz zaczął się wyciszać. Zastanawiał się nad tym co się przed chwilą działo, przyszło mu nawet na myśl, że w ten właśnie sposób mogą powstawać słynne kręgi zbożowe. Jego myśli były coraz prostsze i coraz wolniejsze, w końcu zasnął.

Obudziło go walenie w drzwi.
- Co jest? - krzyknął.
- Szybko, otwieraj, musisz to zobaczyć.

Poderwał się z fotela, szybko założył buty i otworzył drzwi. W drzwiach stał stary Rębiech. Był bardzo rozgorączkowany, wymachiwał rękami, coś mamrotał. Było go czuć wczorajszą nalewką. To akurat nie zdziwiło Zenka.

- Co jest? Nawet wyspać się nie można.
- Musisz to zobaczyć, ale chodź za mną.
- Ale co takiego?
- Zaraz zobaczysz, tylko musimy wejść na górkę.

Wchodzili na pobliski pagórek, na którym stał już mały tłumek gapiów. Wszyscy byli podnieceni, słychać było gwar rozmów. Coś pokazywali palcami. Zenek przyśpieszył kroku. Widział, że pokazują na jego pole. Jeszcze tylko parę kroków i ...

Jego oczom ukazał się wydeptany w zbożu napis „SOŁTYS TO ŁAPÓWKARZ”.
39.   13.8.2007   19:48:9 sechmet
Szatański plan powoli rysował się w umyśle Pawła. Nieobecny jeszcze lekko otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Była dokładnie 6.66, słońce wstawało powoli siejąc zniszczenie zimnymmi promieniami.
Jeszcze raz przemyślał wszystkie możliwe scenariusze. Szatański plan... Uśmiechnął się do siebie, niemal zaksztusił śmiechem...
Viagra... Szybko (to bardzo względne pojęcie nabrało zupełnie nowego znaczenia w tym stanie) wyciągnął telefon i zadzwonił. Szósty z kolei numer na "białej liście" zaowocował nerwowym "Czego?". No cóż, w końcu nie była to idealna pora - ulicami włóczyły się poimprezowe zombieski w podartych pończoszkach z jedną rączką bardziej, twardziele przegryzali gwizdki a kury jeszcze spały.
P. - Słuchaj Stary, nie miałbys może ochoty mnie odwiedzić ?
X. - Że co kurwa ?
P. - Nie kurwa tylko klient.
X. - Aaaaaa to co innego. To co zawsze ?
P. - Nie. To znaczy tak, to co zawsze i viagra
X. - Yyyyyyyyy ? Stary kurwa nie wiedziałem że to o to chodzi... Było powiedzieć byśmy Ci przygruchali jakąś.. Albo ze dwie ?
P. - Nie gadaj od rzeczy tylko wpadaj z towarem. Szpital Miejski, 3-cie pietro Sala 66
X. - Dobra, będę za 2 godziny, wiesz, niecodzienne zamówienie
P. - OK.

Sygnał w słuchawce brzmiał jak poranne dzwoneczki, albo jęczenie dziwek. Halucynacje stawały się trudne do zniesienia i nieco uporczywe, ale w końcu wszystko składało się w sensowną i logiczną całość.

Sexowna pielęgniareczka wpadła 18 minut później, usmiechnięta i frywolna do przesady. Lubieżnie i z wielkim uśmiechem nachyliła się nad nim, gdy obserwował ją spod przymrużonych powiek udając że śpi. Spod jej dekoltu emanował blask pięknego biustu, a figlarne oczka bacznie mu się przyglądały. Uśmiechnęła się lekko i zbudziła go delikatnie, głaszcząc po policzku.
Paweł otworzył oczy, i już chciał się przywitać gdy nagle Ona kategorycznym i twardym kobiecym głosem zapytała się go, czy będzie tak miły aby nie ruszać się. Z wielką wprawą założyła mu 4 kroplówki, po czym ukazując uzębienie którego tyranozaur nie powstydziłby się pokazała mu... kaczkę. Paweł czuł się zakłopotany i zawstydzony, ale musiał przyznać że jego ciało miało swoje specyficzne potrzeby fizjologiczne. Nieśmiałe "Tak" i delikatne rączki wprawnie doprowadziły go do stanu uniesienia i ulgi zarazem.

Gdy wyszła lekko kołysząc biodrami i usmiechając się Paweł nieświadomie zanurzył się w sen, w którym z Anią zbierali razem maliny na słonecznej łące i tę piękną sielankę przerwał mu dopiero znajomy głos.

X. - Cześć Stary. Co ty tu kurwa robisz ? Ktoś Cię pobił ?

Otworzył oczy. Aha, towar dojechał. Obolałymi rękoma dotarł do portfela, który leżał na szafce. Otworzył go i zdziwił się, widząc w nim jakieś banknoty których wcześniej tam nie było. Cóż, życie jest pełne niespodzianek. Odliczył kwotę, odebrał dostawę i juz ją chował do szafki gdy nagle drzwi salki otwarły się i stanęła w nich Ona. X szeroko uśmiechnął się, pokręcił głową i szybko uciekł, rzuciwszy zdawkowo "No no, to ja już lecę" z szerokim usmiechem na twarzy.
Paweł zaczerwienił się, a Ona intuicyjnie podeszła i bez zbędnych pytań otwarła szafeczkę i...

O. - Oooooo co my tu mamy.. hmmm w Pana stanie, niestety, zmuszona jestem zabrać do depozytu. Do odbioru przy wypisie.

Paweł zbladł. Starał się coś powiedzieć, gdy Ona nachyliła się i delikatnie ucałowała go w usta. Świat mu zawirował i zapadł w sen, śniło mu się coś.. coś bardzo przyjemnego, ale nagła pobudka zerwała go w pełną świadomość.

Na brzegu łóżka siedział znowu ON. Wpatrywał się w niego z tym swoim diabelskim uśmieszkiem, zajadając żelki Haribo.

- No widzę że wziąłeś się do roboty. Iście szatański plan, ale pojawiły się małe przeszkody hehe
- Słuchaj nie Twoja sprawa, ja moją część roboty wykonam. Czego chcesz ?
- Chcę Ci tylko pomóc, po to tu jestem
- Odzyskaj moje prochy
- Haha. Nie, tego nie zrobię. To musisz Ty zrobić, jak tego dokonasz Twoja sprawa
- Przecież wiesz że..
- Wiem. Ma na imię Kasia i jest bardzo miła. No i może nieszczęśliwa też przy okazji, wiesz te dzisiejsze związki. Nudny facet, bez ikry w jajach. Żadnych rozrywek, tylko piwo telewizor i sex, udawane orgazmy i chrapanie. Beznadzieja.
- Ale.. Ale co, ze niby mam ją ?
- Słuchaj, mnie nie obchodzi jak. Mnie obchodzi rezultat, skutek. Chcesz tego skurwiela wykończyć ?
- No jasne
- To dobrze. Tylko o to mi chodziło.

I zniknął, rozpłynął się. W samą porę, bo właśnie zaczynał się obchód
40.   14.8.2007   13:10:11 sechmet
Kacpra bolała głowa. Tzn. to było pierwsze co poczuł, tak naprawdę bolało WSZYSTKO. Zamruczał pod nosem jakąś kwiecistą i wyszukaną wiązankę motywując się do otwarcia oczu i usmiechnął szeroko.

To kasyno to była całkiem niezła historia. Pod przykrywką plebanii w piwnicy, całkiem przestronnej i ładnie urządzonej stały rzędy stołów... Ruletka, Black Jack, stły do pokera. Chromowane rury dla dziewcząt dodawały nieco pikanterii i smaku. Z usług hostess i tak nikt z Gości nie korzystał, różnice fizjologiczne zasadniczo uniemożliwiały jakieś głębsze kontakty.

Powoli przypominał sobie zdarzenia wczorajszego wieczoru, film przewijał się a szeroki uśmiech zaczynał gościć na jego twarzy. No tak, znowu się zaprawili - bozia jedna wie czym, bo nie odnotował obrotów na barze. Ale za to Plejadianie znowu przegrali z Szarakami cos ponad 150.000 JD. Zwyczajowe 10% to dość godziwy zarobek, zważywszy na fakt, że hostessy utrzymywały się same - Goście hojnie wynagradzali je za tę odrobinę kultury i delikatności w jaskini hazardu.

Przypomniał sobie jak na samym początku nie rozumiał, co w ogóle jest stawką zakładu, i znowu uśmiechnął się z własnej głupoty. JD - Jednostki Dotacji, przeliczeniowe Euro z dotacji UE dla rolników... szatański pomysł i plan, cóż, ile kombinacji wymagało potem wykupywanie ziemi od obszarników przed podstawionych chłopów, ubieganie się o środki, ta cała pomoc przy wypełnianiu wniosków a wszystko w warunkach pełnej konspiry, bo wiadomo - MiB'y kręciły się wszędzie, węsząc i szukając jakiejś dziury w całym. No i gmina stawała się miejscem coraz piękniej wyglądającym, ludzie chodzili uśmiechnięci i radośni, po prostu cud gospodarczy. Kulisy całej operacji nie były do końca jasne nawet dla niego, ale gołym okiem widać było że prowadzona nielegalna działalność paradoksalnie daje tyle dobrych skutków, że pewnie Bóg pobłogosławił już dawno wszystko co dzieje się pod podłogą małego wiejskiego kościoła.

I nagle przypomniał sobie, co tak naprawdę zaprząta jego głowę. No tak, ci głupi Plejadianie znowu nieczysto zagrali, kurwa ten numer ze zbożem. Na szczęście wszyscy zainteresowani węszący sensację ufolodzy byli w tym czasie pod Wylatowem, a dobrze opłaceni reporterzy lokalnej prasy szybko odnaleźli 10 żuli, z których każdy za flaszkę przyznał się do robienia sobie głupich kawałów.

No i teraz tylko szybkie rozeznanie i bramka dla tych debili co tak biednego Zenka podpuścili, ciekawe co mu obiecali ?

Wstał, umył się, szybko przejrzał lokalną prasę i nie widząc nic godnego uwagi pojechał do Szczecina. Paweł od dawna nie odbierał telefonu, co gorsza jakieś niejasne gwizdy i wycia w aparacie wydawały mu się nieco podejrzane. Wolał nie załatwiać niczego na telefon. No i to całe zamieszanie, dopiero teraz miał czas aby zająć się tą zaległą sprawą.
41.   18.8.2007   3:20:9 messor messor@vp.pl
Kilka dni wcześniej…

Podobno praca jest solą życia. Dla Waldka praca była solą w oku i nic nie mógł na to poradzić. Od kiedy ukończył szesnaście lat łapał różne okazje by zarobić parę groszy, jednak nigdzie nie zagrzał długo miejsca. Pracował jako pomywacz w barze, był pomagierem majstra na budowie, malował ogrodzenia, przez pół roku pracował w jednej z bardziej znanych szczecińskich restauracji jako dostawca pizzy. Generalnie pracował chyba we wszystkich legalnych branżach, w których nie było potrzebne wykształcenie wyższe niż zawodowe kulinarne. Prace tracił zwykle po kilku tygodniach. Zwykle do niej nie chodził albo się zwalniał, gdy zarobił wystarczająco dużo na tygodniową imprezę w pierwszym lepszym szynku.
Teraz Waldek miał 30 lat i nową posadę w szpitalu miejskim im. św. Karola Boromeusza. Wybiła osiemnasta. W szpitalnej kuchni rozległ się chrapliwy głos starej kucharki.- No dobra kochani koniec na dziś! Przyszła zmiana. Panie Waldemarze, przed wyjściem niech pan sprawdzi czy kotły dobrze wymyli po makaronie. - Waldek wstał ze stołka przy oknie i bez słowa opuścił budynek szpitalnej kuchni nie zważając na prośbę przełożonej. Przystanął na chwile odpalając papierosa i wypuszczając dym po pierwszym sztachnięciu powiedział sam do siebie - Sama se sprawdzaj gary stara ruro. Moja noga w tym bajzlu więcej nie postanie. Mam dość tego całego gównianego gotowania w imię miłosierdzia. - W jego głowie pojawił się nagle pomysł aby jutro jeszcze raz przyjść do pracy dzięki czemu mógłby zrealizować swój niecny plan nasikania do rosołu. W zawodówce często pluli albo sikali do jedzenia. Gdy rozwoził pizze było to samo. Tu niestety sokole oko szefowej kuchni kontrolowało jego poczynania i nie mógł sobie na nic pozwolić.
- Zobaczymy – Pomyślał. -Wszystko zależy od tego czy Violka jeszcze mnie chce po ostatniej awanturze. Ale ona lubi jak jej dogadzam.
Wrócił do kawalerki. Nie była jego. Wynajmował ją od trzech miesięcy. W życiu Walka nie było stałych elementów, wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie: praca, mieszkanie, kobiety, kompani do picia.
W mieszkaniu Violki już nie było. Ani jej rzeczy. Waldek wyjął piwo z lodówki i usiadł na wersalce. – Mam nadzieje że mi męd nie przywlecze.- Pomyślał.
Wieczór upłynął mu na oglądaniu pornolni i piciu piwa. Nowy dzień natomiast powitał go bólem głowy. Po skromnym śniadaniu wyszedł do parku rozejrzeć się za jakąś nową dziewczyną. Niedaleko jego bloku zaczepił go pewien mężczyzna.
-Pan Waldemar Koziarski?
-Waldek stanął zdumiony.
-Tak. To ja. Czy człowiek, którego spotkał miłosny zawód nie może liczyć na odrobinę spokoju o dziewiątej rano? Kim pan jest? O co Chodzi?
- Jestem pańskim nowym przyjacielem. He he. Mam dla Pana pracę, ale liczę na dyskrecje.
- Nie potrzebuje żadnej pracy! Teraz mam urlop. Mam dość pieprzonego użerania się z szefem i lizania dupy klientom. Zresztą … skąd mnie pan do cholery znasz? Nie przypominam sobie żebyśmy razem pili.
- To nie istotnie jak pana znalazłem. To nie jest zwykła praca. A pan będzie w niej niezastąpiony. Dużo zapłacę.
-Pieniądze nie grają roli. –Mówiąc to Waldek myślał już ile może z tego wyciągnąć.
- Dostanie pan dziesięć tysięcy.
Waldek spojrzał z niedowierzaniem i wyraźnie się zaniepokoił.
- Czy to coś nielegalnego?
- Heh. Najwyżej drobne wykroczenie i obraza uczuć religijnych zaśmiał się szyderczo nieznajomy typ.
-Co to za robota?
Uśmiech rozlał się po dziwnej twarzy falą zmarszczek, które otoczyły w nienaturalny sposób przerażające oczy. Nieznajomy powolnym krokiem rozpoczął przerwany spacer Waldka. Szli obok siebie a dziwny gość zaczął objaśniać Waldkowi jego zadanie.
- Otóż, wczoraj wieczorem do szpitalnej kostnicy dostarczono zwłoki pewnej narkomanki. Lubi pan kostnice? Będzie pan musiał tam popracować kilka dni. W każdym razie za dwie godziny zjawi się tam chłopak denatki. Paweł. Nie jest istotnie kim on jest i kim była jego laska. Pana to nie obchodzi. Najpierw zajmie się pan nią a potem nim, ale szczegóły wyjaśnię w moim samochodzie. Po chwili obaj mężczyźni usiedli na tylnią kanapę srebrnego AUDI. Samochód odjechał.
42.   21.8.2007   23:31:27 Święty
We wsi zrobił się lekki szum. Sołtys był swój chłop i nikt nie wiedział kto mógł się dopuścić takiego “żartu”. Faktycznie, jeśli się chciało coś z nim załatwić, w dobrym tonie było coś mu odpalić. Tak robili prawie wszyscy, którzy mieli z nim jakieś sprawy do załatwienia. Po tej akcji wiele osób miało porządny stres. Szczególnie ci, którzy odpalili mu trochę więcej. Obawiali się, że jak się sprawa rozniesie, to zaczną węszyć skurwiele z CBA lub ktoś podobny. Niby głupi żart paru żuli, ale wiadomo, wróg nie śpi. Z daleka czuć było jakąś grubszą aferę. We wsi zapanowała atmosfera wzajemnych podejrzeń.

Zenek chodził podminowany. Bał się, że ktoś go widział. Poza tym jak by się wytłumaczył? Powie, że słyszał głosy, to zabiorą go do czubków. Z kolei jak powie, że zrobił to, bo tak mu do głowy palnęło, to pewnie mu zrobią we wsi niezłą przekopkę. I tak źle, i tak niedobrze. Nalepiej, żeby nikt nie widział. Miał w zanadrzu dobry argument. W końcu to jego pole. I co, swoje by deptał? Bez sensu.

Najgorzej chyba miał sołtys. Musiał się tłumaczyć w Szczecińskiej TVP3. Nie miał wprawy w takich wystąpieniach, nie mówiąc już o wiarygodnym kłamstwie przed kamerami. Przed wystąpieniem golnął sobie porządnie. Poskutkowało to tym, że z pełnym profesjonalizmem i na luzie powiedział, że to z pewnością robota jakichś zazdrosnych ludzi, należących być może do mitycznego “układu”. Nawet delikatnie zasugerował, że winny może być sołtys sąsiedniej wioski, zazdrosny o rozkwit Berdyszewa. Wszystko oczywiście delikatnie, żeby jakby co, nikt nie mógł się przyczepić. Sam się zdziwił swoim profesjonalizmem. Przez cały czas trwania wywiadu wydawało mu się, że słyszy głęboko w środku głowy coś jakby podpowiedź.

Najważniejsze, że mu się udało. Przeczuwał jednak, że tak czy tak zjawi się jakaś kontrola. Poza tym cały czas dręczyło go, kto mógł dopuścić się czegoś takiego. Postanowił dowiedzieć się, kto jest winny, a winnego lub winnych ukarać.

Oczywiście owych żuli znalazła również telewizja. Powiedzieli im to samo. Nawalili się i postanowili zrobić głupi kawał. Sołtys oczywiście nie uwierzył w ich winę. Skorzystał jednak z okazji do pokazania swej wielkoduszności i publicznie im wybaczył. Zaznaczył jednak, że jeszcze jeden taki wyskok i inaczej z nimi porozmawia.

Zenek też jakoś starał się sprawę załagodzić. Nie wnosił o odszkodowanie, gdyż obawiał się, że biegli z ubezpieczalni szybko dojdą do tego jaki był prawdziwy przebieg zdarzenia. Zrobił owym żulom małą pokazową awanturkę (bez mordobicia) pogroził im trochę i dał spokój.

Niestety obawy sołtysa potwierdziły się. Parę dni po owym wydarzeniu pojawili się dwaj smutni panowie i zaczęli wypytywać o sołtysa.
43.   6.9.2007   18:11:32 Święty
Paweł obudził się i zaczął rozmyślać. Kurde, dupa z tą Viagrą. Co za pech. No nic coś trzeba wymyślić. W sumie fajna ta piguła, może by tak dwie pieczenie na jednym ogniu? Pomysł z Viagrą był niezły, a teraz to już na pewno by mnie za takie coś nakryli. Już przecież pielęgniarka wie. Z drugiej strony to w sumie wszystko jedno skoro i tak mam umrzeć. Tylko że to był taki elegancki sposób. Zbrodnia prawie doskonała. Może jednak warto by było odzyskać te tabletki?

Paweł całkiem nieźle bajerował laski. Zresztą nawet gdyby się specjalnie nie starał to i tak miał w sobie coś takiego, co strasznie się kobietom podobało. Oczywiście zdawał sobie z tego sprawę, a z drugiej strony nie mógł się dziewczynom nadziwić że widzą w nim coś specjalnego. Tyle razy powtarzał sobie w myślach:”Co wy idiotki we mnie widzicie ? Przecież jest tylu lepszych kolesi. W zasadzie to nie jestem nikim specjalnym. Ot taki sobie zwyczajny ze mnie gość.”. Bo Paweł wiedział tylko, że laski na niego lecą, nie wiedział jednak dlaczego. W sytuacji w której znajdował się obecnie taka wiedza była na wagę złota.

Otworzyły się drzwi i weszła ona. Owa przemiła pielęgniarka. Podeszła sprawdziła czy wszystko w porządku. Na pierwszy rzut oka wydawała się inna niż wczoraj. Bardziej obojętna, chłodna. Jednak gdy zbliżyła się jeszcze bardziej i coś majstrowała przy kroplówkach, Paweł wyczuł prawie namacalne drżenie. Jakby w ślad za owym drżeniem, dosięgnąl go zapach jej seksu. Tak, na pewno jej się podobał, teraz już nie miał żadnych wątpliwości. Bez zbędnych ceregieli, ale i bez pośpiechu, udając że to nic takiego, wsunął jej rękę pod spódniczkę. Pogładził ją chwilę otwartą dłonią po udach, lekko je przy tym ściskając. Siostra nie zareagowała. To znaczy wydawało mu się, że owo ledwie namacalne drżenie nieco przyspieszyło. Pomimo tego, jakby nie zauważyła pieszczoty i robiła dalej to co zaczęła. Paweł wiedział co robi. Postanowił przejść do konkretów. Z ud czym prędzej przeniósł się na cipkę. Tak jak się spodziewał, piguła nie miała majtek i była gładko wydepilowana. Po chwili wstępnych pieszczot wsadził siostrze palec. Wiedział że jej dobrze, czuł to, zapach seksu stawał się coraz bardziej intensywny, a owo drżenie coraz bardziej wyraźne. Pielęgniarka dalej uparcie robiła swoje.

Nagle, zgrabnym ruchem wyswobodziła się spod pieszczot Pawła, nachyliła się nad nim i szepnęła: “Przyjdź dzisiaj o 9 wieczór, pokój 666”, obróciła się na pięcie i wyszła.
44.   6.9.2007   23:56:45 sechmet
Gabryel miał serdecznie dość całego tego zamieszania. Marzył mu się porządny, kilkuletni urlop na wyspach dziewiczych wśród młodych i ponętnych chłopców, tak skorych do zabawy. A tutaj dupa, tzn. Delegacja - i to jeszcze z kim ? Nooo przecież że z jakimś przydupasem, "aniołkiem" wręcz.. Michael co prawda miał niezły tyłek, ale na dłuższą metę był straszliwie męczący.

Te jego wieczne - ba, wiekuiste - stany migrenowe, zblazowana mina prawiczka i pełne taktu uwagi, podstawowy brak zrozumienia dla właściwego Wiecznym hedonizmu. I jeszcze perspektywa przynajmniej 300 lat pracy z nim - to wszystko było nie do zniesienia. Cały ten burdel był chaosem, którego Najwyższy już od dawna nie ogarniał. Skrycie podejrzewał już od dawna, że dopadła go demencja, lub też - co gorsza - jakieś inne powody sprawiały, że decyzje Starca były napiętnowane szaleństwem. Od dawna już nie widział żadnej logiki w chaotycznych Dyrektywach i Wytycznych.

I do tego ta pokręcona misja, przecież oczywistym było, że Wysłannicy Baala, o ile rzeczywiście istnieją, maskują się w sposób uniemożliwiający jakiekolwiek formy przeciwdziałania. Zaciągnął się głęboko skrętem, z lubością błogosławiąc jednego z nielicznych Dostawców i jego poczucie dobrego smaku. Uśmiechając się do siebie pomyślał przez chwilę o Bramie i Strażniku, któremu będzie musiał kiedyś odpalić mały udział za chwilę przymkniętych oczu i nieuwagi - ale cóż, w końcu nikt nie jest doskonały, a w raju jest miejsce również dla grzeszników. Przynajmniej tej klasy grzeszników.

Michael prowadził pewnie nowiutkiego Lexusa 300 z jakimiś literkami o nieznanym pochodzeniu i znaczeniu, w sumie ta chwila słońca i odrobiny komfortu odprężyła również i jego, a przestronne klimatyzowane wnętrze i znakomity sprzęt audio, psalm 26 puszczony niechcący od tyłu. Uśmiech pojawił się na ich twarzach zupełnie niepostrzeżenie, a Gabryel pomyślał że kiedyś i z jego świętoszkowatego towarzysza będą ludzie.

Zbliżali się powoli do celu. Współrzędne podane przez Donosiciela były co prawda zdecydowanie nieprawidłowe, ale cóż, Dyrektywy nakazywały aby wszelkie poszlaki od O.R. traktować sumienne i chociaż nigdy nie znaleźli nic poza niechcący wypatroszonym przez amstafa kotem czy innymi reliktami chorego umysłu Donosiciela, tym razem był podekscytowany.

W kieszeni marynarki, doskonale skrojonej czarnej marynarki z certyfikowanego przez Lożę niezniszczalnego niepalnego niegniotącego się materiału (jak oni to robią? z jakiejś konopii chyba modyfikowanej genetycznie?) miał doskonały poprawiacz nastroju. Dostawca coś wspominał o limitowanej serii i ograniczonej podaży, jakieś bzdury o rytuałach indiańskich i co prawda było to strasznie nużące, ale miał przeczucie, że warto posłuchać - dla świętego spokoju i tej chwili gdy zapewne znowu uzna że nie było warto, ta cholerna polityka co ona robiła z biednymi kolumbijczykami. Odwracali się od wiary do jakichś bożków, zupełnie nie rozumiał ich motywacji. Ale i tak ich cenił..

Zamyślony nawet nie zauważył że auto stanęło w miejscu, dopiero głos Michaela wyprowadził go ze stanu wewnętrznego dialogu

- Jesteśmy

Zabrzmiało nadzwyczaj radośnie. Czyżby się powoli asymilował do ziemskich warunków? Nigdy wcześniej dym ze skrętów nie działał na niego, ale Gabryel dostatecznie dużo czasu już tutaj spędził aby poznać dyskretne działanie czasu i tej absurdalnej aury wiszącej w powietrzu. Hmmmm pomyślał...

Wysiedli. Auto stało pod kościółkiem, małym wiejskim zaniedbanym i utrzymywanym na granicy rozpadu. Widać było, że parafia jest biedna i przydałoby się małe wsparcie, zarówno duchowe jak i materialne. Musieli zwracać na siebie uwagę, z malutkiej zakrystii wyszedł niski człowieczek ubrany stosownie do otoczenia, i w kilku grzecznych słowach (pomijając przerywniki) wyjasnił, że jest organistą, księdza nie ma a jak Panowie są z Urzędu Skarbowego to trzeba go u Sołtysa szukać.

Prosty człowiek, pomyślał Gabryel, i wypytawszy się go o drogę podjechali, mijając kilka miejscowych dziewcząt zgrabnie wystawiających nóżki i zważywszy na brak oznakowań, nieocenionych gdy zapytać się ich o drogę. Sołtys mieszkał w okazałym domku, zadbanym i wymalowanym kolorowo. Widać, że miastowy. Widząc samochód wyszedł, nieco niepewny. Aha - pomyślał Gabryel, coś ma na sumieniu. Delikatnie sondował jego osobowość, ale uznawszy że to uroda miejscowych dziewcząt poprzestał na tym i rzucił wprost :

- Sołtysie, a te kręgi w zbożu to skąd ?

Sołtys uśmiechnął się szeroko pokazując że nawet wiejscy dentyści znają się na fachu. Rozluźnił się i opowiedział, jak to miejscowi nie umieją umiaru zachować i jakie to kawały ich się trzymają, ale że już za karę teraz będą sprzątali lasy przez 2 tygodnie i że sprawa załatwiona. I że w ogóle nie ma sprawy, szkoda im życie marnować do sądów chodzić a wstyd taki że już nie powtórzą podobnego numeru.

Gabryel juz sam nie wiedział, czy jest wkurwiony czy rozbawiony do łez. Skręt był znakomity, cała sytuacja absurdalna i abstrakcyjna no a córka sołtysa o dźwięcznym imieniu Karina z naręczem winogron tak kusząca, że resztę gorącego dnia spędzili siedząc na trawie w cieniu gruszy, pijąc lekkie wino z lodem i rozmawiając o sprawach nieistotnych. Michael powoli się aklimatyzował, przełamując lody w kontaktach z dziewczętami i zajmując Karinę (i siebie samego na szczęście również) jakimiś głupawymi żartami.

Ładna misja, pomyślał sobie w duchu. I przypomniał sobie o prawej kieszeni, i skarbach które w niej rezydowały, wartych pewnie tej chwili. Sołtys opowiadał o urokach okolicy, co skłoniło go aby udać się na spacer do lasu. Minąwszy jakieś podejrzane zarośla w których jakaś parka uroczo spędzała namiętne popołudnie, dotarł na wielką polanę na której stał wielki głaz, taki w zasadzie stworzony dla celu wizyty. Wyjął ukochany banknot - 1 dollar, Oko Opatrzności i symbol zepsucia. Wash & Go, wszystko w jednym. Sprawnie zwinął go w rurkę, usypał spiralę (czemu lewoskrętną?) i zaciąnął się...

Czas zwinął się i rozkleił, rzeczywistość wybuchła kolorami. Ptah (skąd w ogóle wiedział że to On?) przyszedł i szepnął mu kilka słów na ucho, coś niezrozumiałego i nierealnego. Czasoprzestrzeń się zakrzywiła, pamiętał jeszcze drogę drzewa i piekne kolorowe usta, oczy i oddech. I krzyk, ale nie krzyk gniewu czy bólu, zdecydowanie był to krzyk ekstazy i uniesienia. Coś w nim umarło, czuł to wyraźnie, śmierć i odrodzenie. Przemiana

Obudził się kilka godzin później, pod lasem, na trawie. Obok leżała piękna długonoga dziewczyna, rozmarzona i uśmiechnięta. Zrozumiał, cały plan wziął w łeb. Od teraz tylko pełna konspira, mysli jak szalone biegly mu przez głowę a niewyjaśnione przeczucie mówiło mu, że to nie koniec całej tej historii. Ktoś zdradził, ktoś tu był kretem, w ogóle wszystko to śmierdziało na kilometr, całe to zamieszanie było nieprzypadkowe i O.R. musi zapłacić głową. Innego wyjścia nie było.
45.   24.9.2007   17:57:57 Święty
Dochodziła dziewiąta. Plan z Viagrą raczej już nie wypali, ale przynajmniej osłodzę sobie pobyt w szpitalu, pomyślał Paweł. Siedząc na skraju łóżka, z zadowoleniem i sporym zdziwieniem stwierdził, że już prawie nic go nie boli. Zapewne więc może się też normalnie poruszać. W takim razie nie będzie problemów z daniem porządnego wycisku niegrzecznej siostrzyczce. Nie ma na co czekać. Wstał, umył zęby, jeszcze by się ogolił, ale niestety nie miał przyborów. Przeciągnął się jeszcze i wyszedł. Na szpitalnym korytarzu już prawie nikogo nie było. Gdzieniegdzie przemykała tylko jakaś babcia, ale ogólnie było bardzo pusto. Powoli wspinał się na schody. Zauważył, że jeszcze trochę strzyka mu w kościach, ale to i tak niewiele jak na taki upadek. W każdym razie znajdował się już na właściwym piętrze i właśnie szukał pokoju 666. Pokój musiał być za którymś zakrętem korytarza. Szpital jak większość szpitali w Polsce zupełnie nie przypominał tego z serialu “Na dobre i na złe”. Korytarze zimne i ponure, pomalowane na zielono z obleśną, sypiącą się ciemnozieloną lamperią. Oświetlenie raczej szczątkowe. Cóż, same oszczędności.

Nagle zza rogu wyszedł jakiś gość. Pawłowi serce skoczyło to gardła bo mało się z facetem nie zderzył. Typ minął go bez słowa. Ogólnie nie robił zbyt dobrego wrażenia. Nagle Pawłowi krew uderzyła do głowy. Przecież to “Zimny Waldek” , to na pewno on. Teraz albo nigdy, pomyślał. Zawrócił i przyśpieszył kroku. Gość usłyszawszy jego kroki za sobą, chyba nieźle się wystraszył. Nic jednak po sobie nie pokazywał. W końcu go dogonił. Położył mu jedną rękę na ramieniu, Waldek się odwrócił i w tym momencie zaciśnięta pięść Pawła trafił prosto w jego oko. Paweł złapał oszołomionego Waldka i zaczął ciągnąć w stronę kibla, po drodze zdjął ze ściany gaśnicę. Weszli do kibla Paweł zamknął drzwi i rzucił Waldka na ziemię sprzedając mu przy tym kopa w splot słoneczny.

-O cco chodzi ?
-Jak o co ? Ty już dobrze wiesz. Niedawno przywieźli tu moją dziewczynę.
-Nie to nie tak, litości. Wwsztstko wytłumaczę.

Ale Paweł już nie słuchał, tylko zadał Waldkowi pierwszy cios gaśnicą w głowę. Potem dla pewności jeszcze jeden i następny. Wpadł w szał, ciosy leciały jeden za drugim, wymieszane z krwią fragmenty mózgu osiadały na wszystkim dokoła. Jeden z nich wpadł nawet Pawłowi do ust. Gdy uznał że dzieło dobiega końca w ramach odpowiedniego wykończenia, popryskał trupa pianą z gaśnicy. No gotowe, pomyślał. Właśnie wychodził z ubikacji gdy wpadł na niego szpitalny pracownik ochrony. Był przygotowany na wiele ale gdy zobaczył Pawła który wyglądał raczej jak rzeźnik, mało nie zemdlał. Nogi się pod nim ugięły i po prostu go przepuścił. Paweł przechodząc obok niego powiedział nienaturalnie spokojnym głosem:”Dzwoń na policję pajacu”.