28-05-2007 Święty
 

Opowieść Niesamowita

Chciałem was zaprosić do udziału w zabawnym projekcie. Chodzi o wspólne napisanie opowiadania (kto wie może wyjdzie powieść). Ja zaczynam. Napisałem krótki fragment, proszę was o kontynuację. Każdy z nas będzie coś dodawał i w końcu wyjdzie. Nie wiadomo w którą stronę pójdzie oraz jak i czy w ogóle się skończy. Sugeruję abyście zamieszczali w miarę obszerne i w miarę zamknięte fragmenty tekstu, coś w rodzaju kolejnych rozdziałów czy podrozdziałów. Chodzi o to żeby nie dodawać po jednym zdaniu. Pamiętajcie, że to tylko sugestia i jeśli wam nie pasi, to ją olejcie. W każdym razie posty nie będące treścią opowiadania będę usuwał lub przenosił. Dobra nie będę już gadał bzdur, już zaczynamy, już nie czekamy, start, start, start !!!

Sekretarka planu >>

Święty  

16.   11.6.2007   23:47:24 weronika
Kinga widząc Weronikę wybiegającą z budynku chciała ją zawołać, ale ta szybko wbiegła z powrotem.. Kinga sięgnęła po komórkę, ale telefon Weroniki milczał. Co się stało u licha?? W tym momencie zadzwoniła Jolka.
-Kinga kurwa mać!! Róża jest w szpitalu! Nie wiem, co mam zrobić! Jest gorzej..
- Jolka Izi. Mów spokojnie co się stało.
-No straciła przytomność. Lekarze mówią, że z tego wyjdzie i jutro może już wrócić do domu. Ale się martwię bardzo..
.-Jutro przyjadę to pogadamy, dobrze? Na pewno wszystko będzie dobrze.
- Chyba z imprezy nici.
-Nie szkodzi nadrobimy w Szczecinie dobra?
-No ok. Czekam na ciebie jutro. Odwiedzimy razem Różyczke. Tylko wiesz kicha na maksa, bo jak się Witek dowie…
-Oj daj spokój jakoś to będzie. Ja kończę Jolka, bo muszę wpaść do Weroniki. Jakaś afera z jej facetem jest. Do jutra papa
- No hej. Ide zapalić
Jolka poszła zapalić mentola a Kinga szybkim krokiem poszła zobaczyć, co stało się u Weroniki.
Wbiegła po krętych schodach ciemnej kamienicy. Zapukała. Nic.. Szarpnęła klamkę – otworzyły się. Weszła do mieszkania.
- Weronika!! Gdzie jesteś?? Nic ci nie jest??
- Tutaj..
Zapłakany głos dobiegał z łazienki. Weronika siedziała naga w wannie. Zimna woda leciała strugami a ona drżała z zimna i rozpaczy.
- Co jest Wera??
-Zostawił mnie!! Zostawił!!
-ale czemu?
-Powód leży na łóżku
Kinga weszła do sypialni. Na ciepłym jeszcze łóżku leżał pamiętnik Weroniki.
17.   17.6.2007   18:22:29 Szczepan Zamokły - Satanowski
- Na razie chłopcy, miłej zabawy. Uważać na siebie. Pamiętajcie o imprezie w poniedziałek! – ksiądz Kacper opuścił okulary przeciwsłoneczne na niemal sam czubek nosa i wesoło pomachał Witkowi, Maćkowi i Rafałowi na pożegnanie.

- Dzięki Kacperku, a może jednak poszalejesz trochę? – Witek rzucił zaproszenie do zabawy. Wyglądał jakby występował w reklamówce przygotowanej przez wałecką kablówkę: W oddali tłumek kłębiący się przy wejściu, a nad nimi obleśnie kiczowaty neon z napisem „Agawa” i zieloną, fosforyzującą rurką wygiętą w kształt kaktusa. Na pierwszym planie niezdecydowany pasażer ciemnego, bordowego sedana BMW, piątki, touringa, zachęcany do odwiedzenia lokalu przez miejscową gwiazdę piłki nożnej.

- Nie mogę, nie chcę – rzucił szybko, ale też i bardzo stanowczo wikary. – Kto to widział? Ksiądz na dyskotece? Duszpasterz i spowiednik w siedlisku rozpusty? Człowieku! Jaskinia grzechu! Seks, drugs & rock’n’roll! – mrugnął porozumiewawczo w stronę chłopaków i przekręcił kluczyk. – Poza tym jutro dla mnie jest dzień pracy!

- Seks, drugs & rock’n’roll? Raczej dupczenie w kiblu, wóda z przemytu i disco polo! – rzucił Witek do księdza. – Najwyższa pora przyjść tu z Dobrą Nowiną.

- Taaa, Wituś. Przyspieszyłbym tym tradycyjne, cosobotnie mordobicie o parę godzin. Widzę w niedzielę te poobijane pyski jak ledwo potrafią ustać na kacu podczas mszy! Wstyd, człowieku, wstyd. W poniedziałek sobie odbijemy!


Gdy beemka ruszyła z pobocza Kaśka i Hela kończyły palić papierosa na przystanku PKS-u, kilkaset metrów dalej. Gdy auto przejeżdżało obok nich zdążyło już, w typowy dla tej marki, majestatyczny sposób, nabrać odpowiedniej prędkości. Hela aż zapiszczała z zachwytu:

- Jezuuu, bordowe BMW, chyba prosto spod igły! – Potem westchnęła – Mój Boże, w życiu takim nie będę jeździć. Gdyby ten kolo jechał wolniej to by się może dało go zaciągnąć na dyskę, co Kaśka?

- Oj Hela, Hela. Tyle wiesz, a nic nie wiesz. To przecież auto księdza Kacpra. Kupił pod koniec maja. Co Ty byś chciała księdza na dyskotekę zaciągnąć?

- No to co. – rzuciła Hela, chcąc uciąć temat. Poprawiła miniówę, wyciągnęła z torebki gumę do żucia i wpychając ją sobie do ust zakomenderowała: - Idziemy!


Stojąc w kolejce do Agawy. Witek i jego koledzy z wojska podsumowywali ostanie dni. Spotkanie w czwartek. Tego numeru nie zapomną do końca życia. Potem spotkali tego księdza Kacpra – znajomego Witka. Jak sam powiedział miał doła i szybko przystał na propozycję Witka dołączenia do ekipy. Chłopakom początkowo wydawało się to dziwne bo jak tu chlać z księdzem, kląć, wygłupiać się, na dodatek wspominać czasy wspólnych wypraw na dupy, i inne wyskoki ze wspólnej służby. Na szczęście Kacper okazał się równym gościem i to bardzo wyluzowanym. Pił równo z resztą i nie szczędził dowcipów i anegdot, nawet tych pieprznych. Noc z czwartku na piątek spędzili w kawalerce Witka, wypili prawie trzy krówki poprawili piwkiem i zalegli nad ranem. Podnieśli się w piątek o 13:00, zjedli coś, ogarnęli się i popołudnie oraz wieczór spędzili w Wałczu zaliczając kilka pubów i restauracji. Rafałowi nawet puściły skrupuły i zaczął dostawiać się do kelnerki w pizzerii. Zamiast reprymendy dostał od Kacpra kilka – czysto teoretycznych, jak zaznaczył młody wikary – rad dotyczących podrywania lasek. Znowu poszli spać późno, choć wypili już dużo mniej. Dużo rozmawiali, nawet na poważne sprawy, tym bardziej że jak bumerang powracały wspomnienia Szymona. Byli zszokowani gdy okazało się, że Kacper zna siostrę ich kolegi z armii. Poczuli, że jest ich kumplem, włączonym do kręgu i jego kapłański stan przesunął się jeszcze bardziej na dalszy plan. Nie wnikali w rodzaj relacji młodego księdza z siostrą Szymka – Weroniką. Przecież to nie międzywojnie by każda znajomość duchownego z młodą kobieta rodziła plotki i zgorszenie. W sobotę przed południem uradzili, że Kacper, który musiał wracać do Pustkowa zabierze ich do „Agawy”. Kłopot aut – wiadomo, że w dyskotece pije się ostro – został rozwiązany. Ich samochody zostaną w Wałczu. Po dyskotece prześpią się w domu Witka w Berdyszewie, a potem wrócą jakoś po auta do Wałcza. W poniedziałek pojadą do Szczecina. Tam przenocują w mieszkaniu siostry Kacpra, które było pod jego opieką na czas jej wyjazdu za granicę i pobalują trochę. We wtorek Rafał z Maćkiem muszą już wracać do jednostek, Witek musi wreszcie zapłacić za mieszkanie Róży, a Kacper miał do załatwienia jakieś sprawy. Wszystkim ten Szczecin pasował.

- Równy gość. Mówię wam, żeby wszyscy księża tacy byli, zwłaszcza ci młodzi. Nie byłoby wtedy problemu z pustymi kościołami i w ogóle. Najważniejsze jest żeby ksiądz umiał się dogadać z ludźmi. – Rafał chwalił nową znajomość z wrodzonym sobie optymizmem i typowym dla siebie zachwytem nad każdym poznanym człowiekiem.

- Taaak, tylko nie każdy ksiądz jeździ taką bryką. Powiedz Wituś, tu ludzi nie wkurwia to? Nie kole w oczy? Przecież opowiadałeś, że tu bida aż piszczy. – Maciek był większym realistą.

- Wiesz, tu jest tak, że auto dla ludzi jest wyznacznikiem pozycji. Sztucznym, ale jednak. Są tacy co mają niespłacone kredyty na setki tysięcy, pozawalane sprawy, ale auto muszą mieć. I to nie byle jakie! Nawet Ci, którym ledwo na chleb starcza mają chociaż jakąś tam Nubirę. Taki paradoks naszych czasów. Bida, bezrobocie, długi. Rodzina cała na utrzymaniu, zero perspektyw, ale w niedzielę pod kościołem parkują takie maszyny, że pała staje! Zastaw się a postaw się! A nawet coś więcej. Jesteś tym czym jeździsz. – Witek starał się wytłumaczyć realia podwałeckiej wsi, sam zresztą czasami się zastanawiał skąd ludzie, którzy nawet prawo do zasiłku potracili mają takie auta, wypasione komórki i inne bajery. Z daleka było widać, że coś stara się wytłumaczyć swoim znajomym. Wiele osób rozpoznawało Witka. Zgodnie z wioskową hierarchią i pegeerowskim savoir-vivrem ci, z którymi chodził kiedyś do klasy, wypił parę razy piwko lub znał lepiej z jakiejś tam okazji, stojąc nie dalej niż kilkanaście kroków, napotkawszy jego spojrzenie podnosili rękę na znak powitania a on niedbale odwzajemniał to takim samym gestem. Tylko nieliczni, najbliżsi znajomi, albo ci, których pozycja na wsi była ugruntowana lub ci, którzy wiedzieli, że muszą popisać się przed innymi zażyłością z Witkiem, przechodząc obok podawali mu rękę. Było to takie podanie ręki prawie bez zatrzymania, a zwłaszcza bez mówienia „cześć”, czy jakiegokolwiek innego słowa, chyba że to Witek rzucił jakieś „no i co tam”. Wtedy kończyło się na jakiejś krótkiej, głupkowatej odpowiedzi, zaczynającej się zwykle od „Ano kurwa…”

- Co do Kacpra – kontynuował – to jeszcze nie tak dawno jeździł polonezem, aż się wszyscy gorszyli, żeby ksiądz rzęchem jeździł. Jak zapowiedział, że w wakacje będzie w Rzymie to baby uradziły, że to dobra okazja by go namówić na zmianę auta. Przekonywały: „Przecie nie będzie ksiundz do Łojca Świntego, do stolicy Kościoła, jechał takim koszmarem, jeszcza się rozsypie na tej włoskiej autostradzie”. A potem zrobiły zbiórkę i zaniosły do księdza. Proboszcz też go namawiał na zmianę: „Dwa i pół roku po święceniach. Najwyższy czas. Bo ludzie powiedzą, że z księdza nieudacznik, albo że pieniądze na dziwki przepuszcza. Trzeba wszystko brać pod uwagę!” Wiele tego się nie uzbierało. Może dwadzieścia tysięcy. Chociaż kto wie? Matka Róży dała dwie stówki to jej powiedzieli, że inni dali więcej. Musiał mieć odłożoną niezłą sumkę z oszczędności, pewnie coś tam miał jeszcze z prymicji, a i starzy jego chyba się sporo dołożyli. Nie muszą trzymać na wesele - zażartował. - W końcu Kacperek
oznajmił, że do papieża z Bawarii pojedzie bawarskim autem…

- No to ma szczęście, że nie wybrali Murzyna – zażartował Maciek.

- Znając go to byłby Murzyn z Bostonu i przesiadłby się na korwetkę… - zakończył temat Witek.

Chłopacy dotarli do tzw. „bramki” czyli wejścia do lokalu - punktu kontrolnego, usytuowanego pod rozciągniętym ogrodowym namiotem tuż przed głównymi drzwiami. Pilnowane ono było przez czwórkę ochroniarzy, nie do odróżnienia ze względu na ogolone głowy, masywne sylwetki, głupawe spojrzenia i identyczne ciemnogranatowe stroje z napisem „Security”. Rozpoznali oni Witka natychmiast. Nie było mowy o biletach, czy kontroli. Jednak pozycja ochroniarzy była na tyle elitarna, że koleś z przodu, wyglądający na szefa ochrony, wyciągając rękę powiedział: „Wituś!”. Lewą ręką i ruchem głowy kazał Maćkowi i Rafałowi wejść do środka. Trzymając cały czas Witka za rękę przyciągnął go do siebie:

- Wituś, to porządni goście są. Dobrze im się z oczu patrzy. My tu jesteśmy od ochrony więc posłuchaj. Niech się trzymają ciebie. Z tobą nikt się nie zacznie, wiesz. A od lasek to już z daleka. Szlaban. Tylko nasze, berdyszewskie, najdalej z Jacyny i Świerków. No i kurwy przy barze. Od reszty dup na trzy metry. Po co kusić licho! Jest tu dzisiaj z pół Tuczna! I tak będzie ostro. Jakby co: pomożecie! No właź, właź. Firma wstawia. Jak skończymy wpuszczać to zapraszam na piwko na zaplecze, nie bierz zza baru. Wiadomo: chrzczone…

- Dzięki, dzięki. Dobra, będzie się uważać. W razie czego chłopcy się nie złamią. Przesłużyłem z nimi w woju co nieco.

- Szacuneczek – mrugnął porozumiewawczo ochroniarz i odprowadził Witka te cztery kroki do wejścia.

Paląca przy drzwiach sześcioosobowa garstka gówniarzy, z których najstarszy miał może dwadzieścia lat, a reszta góra po siedemnaście, osiemnaście przesunęła się na bok. Przycisnęli się niemal do ściany. Gdy Witek zniknął za drzwiami, jeden z młodzików, wykonał rozpowszechnione na polskiej wsi smarknięcie do środka, po czym zaintonował pod nosem, ledwo słyszalne: „Olimpiaaa Chojniceee!”.

Nie umknęło to uwadze wracającego na posterunek bossa ochroniarzy. Zatrzymał się i powoli się odwracając wyciągnął paczkę Marlboro. Stanął pod ścianą. Był profesjonalistą, jak jego ojciec, też pracownik tej samej firmy, tyle że ochroniarz w elektrociepłowni. Spojrzał na najmłodszego jego zdaniem w grupce i zbliżył papierosa do ust. Wyrostek błyskawicznie zrozumiał gest i spojrzenie. Lekko przestraszony wyciągnął z kieszeni dżinsów zapalniczkę i podał ochraniarzowi. Ten odpalił z wolna, cały czas obserwując grupę pod ścianą. Wciągnął parę machów powoli, bardzo powoli wydmuchując dym. W kierunku najmłodszego wyciągnął z powrotem dłoń z zapalniczką. Niedoświadczony gówniarz nie zrozumiał sytuacji. Popełnił błąd starając się odebrać swoją własność. Dłoń ochroniarza zacisnęła się na jego łokciu:

- Ile ty chłystku możesz mieć lat, co? – Jeden z ochroniarzy spod bramki był już obok, ruszył na znak papierosa kumpla w lewej ręce. Rzucił do pozostałej piątki.: - Jeszcze raz do kontroli, gówniarze, ale już! Jazda!
18.   18.6.2007   1:59:18 Święty
Zenek robił już trzecią rundkę po „Agawie”. Ciągle wypatrywał Kaśki. Oczywiście robił to udając że nic nie robi. Po drodze spotkał Witka.

O kurwa ładny ancymon z tego Witusia. Róża w szpitalu, a ten na dyskę i to jeszcze z Kacprem. Co oni tu, nawracać przyszli czy co?

-O, siema Witek
-No siema.
-A co cię na tę dyskę zaniosło ? Przecież ty prawie nie chodzisz na takie spędy.
-Ano widzisz Zenek. Starych kumpli z woja spotkałem, a jak dobrze wiadomo, przyjaźnie z wojska -są na całe życie.
-A to rozumiem. W takim razie szykuje się niezła imprezka.
-Oj szykuje się, szykuje.
-Dobra ja tym czasem lecę, później się jeszcze zobaczymy. Narazie.
-Narazie.

Zenek był co nieco podekscytowany. Po pierwsze miała być Kaśka, po drugie był niesamowity lajnap. Najpierw na rozgrzewkę grały co prawda jakieś leszcze, za to później. O północy wchodzili „Boys”, zaraz po nich gdzieś koło 2, występował duet Twins, dla tych którzy jeszcze trzymali się na nogach o 4 rano grał „DJ Kris” z „Ekwadoru” w Manieczkach.

Kurde takie gwiazdy gają. Przy takiej muzie na pewno wyrwę moją Kasieńkę.

Zenek strzelił sobie przy barze pięćdziesiątkę i powtórzył obchód. W końcu zauważył swój potencjalny towar, wychodził z toalety. Dziewczyna powoli zmierzała w stronę baru. W końcu usiadła i założywszy nogę na nogę, ze znudzoną miną zaczęła patrzyć przed siebie. Była sama. Helka już na początku impry poderwała jakiegoś picusia, a teraz obciągała mu w kiblu. Kaśka była zła na koleżankę, że tak szybko się urwała. ? Przecież miały razem zapolować. Teraz będzie trochę trudniej.

W pierwszej chwili Zenek chciał podejść, od razu jak jego wybranka zajęła miejsce przy barze. Zmitygował się jednak i pozwolił jej się trochę ponudzić i podenerwować, aby być pewnym efektu. W tym czasie dopracowywał strategię ataku.

Do Kaśki przysiadła się jakiś chłystek bez dwóch jedynek. Zenek trochę się podkurwił. Pogawędka nie trwała długo. Może jakieś dwadzieścia sekund. W zasadzie to nie była pogawędka tylko monolog. Gość coś tam niewyraźnie wybełkotał. Wiadomo, chciał czymś zaszpanować. Na to Kaśka obrzuciła go tak lodowato-pogardliwym spojrzeniem , że gość dosłownie rozpłynął się w powietrzu.

Tak, to był właśnie ten moment. Zenek wstał i ruszył w stronę baru.

No jest nieźle. Przy tym leszczu wydam się Kaśce co najmniej Davidem Hasselhoffem.

-Cześć.
-Cześć.
-Ty tu sama ?
-Nie. Przyszłam z Helką, ale gdzieś mi zniknęła.
-Czego się napijesz ?
-Malibu.

Zenek zamówił: Malibu dla swojej przyszłej, Wściekłego psa dla siebie. Oczywiście zapłacił przygotowanym zawczasu banknotem 200złotowym, który to hołubił już od czwartku. Kątem oka obserwował dziewczynę i wydało mu się że zrobiło to na niej wrażenie.

-Fajna impreza nie ?
-No. Już teraz jest niezły tłum, a dopiero młoda godzina. To pewnie dlatego że „Kris” gra, no i ta reszta, ale on jest najlepszy.
-Oooo ja też uwielbiam Krisa. Chciałybyśmy kiedyś z Helką pojechać na „Manieczki”. Tam to jest dopiero jazda.

Nasza para gawędziła coraz swobodniej, podtrzymując ową swobodę odpowiednią dawką alkoholu. Tymczasem Dj wydzierał się do mikrofonu. Jazzzzzzzzzdaaaaaaaaaaa..., kochani lecimy wyżej niż „Manieczki”. Cała sala zapierdala. Potem parę pozdrowień dla jakichś małolatów no i dla wójta przy okazji.

Po wstępnej pogawędce postanowili zaszaleć na parkiecie. Najpierw taki lajcik bez zbytniego obmacywania. Przyjdzie i na to czas jak się jeszcze trochę napiją. Potem jeszcze kolejka w barze i szło im coraz śmielej. Zrobili parę takich rundek parkiet-bar-parkiet. W końcu Zenek kulturalnie przeprosił i udał się do toalety.

Sikał sobie w najlepsze, a obok niego sikał sobie w najlepsze jakiś gość i tak sobie sikali. Nagle gość zagadał.

-Niezła impra no nie ?
-Ano, niezła.
-Kurde dziś niezły skład i warto by dotrwać do końca.
-No
-Wiesz co ziomuś wyglądasz mi na swojego chłopa.
-No i ?
-No i czy nie chcesz kupić czegoś ?
-A czego ?
-No jak czego ? Dopalaczy ! Ma się rozumieć.
-No w sumie nie wiem, wyrywam teraz z Lachona i jak ona zobaczy że jestem jakiś nie teges to se pomyśli że ja jakiś ćpun albo co.
-Co ty facet. Mam czyściutki towar. Nic a nic nie wykręca ryja. Twoja panna się nie skapnie.

Zenek czasem lubił coś sobie zarzucić. Nigdy z tymi rzeczami nie przesadzał, ale czasem lubił. Szczególnie lubił dropsy. Futra nie lubił, wkurwiało go zbyt automatyczne działanie po tym gównie . I to że czasem zapętlał się w jakąś czynność. Za to po dropsie mogła pofruwać i to właśnie lubił.

-No dobra, a dropsy masz ?
-Mam
-To daj ze cztery.

Dokonali transakcji i uczynny sprzedawca szybko się ulotnił.

No dobra. Zjem teraz jedną, a później może dam Kaśce, jak będzie w odpowiednim nastroju. Jak nie będzie to zjem wszystkie sam he he he;->

Jeszcze tylko szybkie zlustrowanie co to za drop. Drop był zielony i wytłoczony miał numer 6666. O kurde, tego jeszcze nie jadłem ale wygląda apetycznie. No to raz kozie śmierć. Łyknął i wrócił do swej lubej.

Gadka szmatka i na parkiet. Właśnie kawałkiem „Dobry DJ„ kończyli grać Bojsi. Publika wrzała. Kawałkiem „Maryśka” wchodzili Twinsi , a Zenkowi powoli zaczęła wchodzić piguła. Oo co za niespodzianka. Gód szit he he. Pomyślał. Teraz zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Czuł jak z każdą chwilą jest mu coraz lepiej. Czuł w sobie don Juana i był pewny że tej nocy, otworzy przed Kaśką świat nowych doznań. Muzyka stał się bardziej muzyczna a oświetlenie bardziej plastyczne. Przytulił Kaśkę ale jej nie pocałował. Chciał jeszcze troszkę się podroczyć. Właśnie zaczynał się jego ulubiony kawałek „Avaria”. Drops już mocno go nakręcił. Zenek skakał z głupkowatym uśmiechem, na twarzy. Zaraz miał się zacząć refren. Zenek Wyskoczył do góry. Światła stroboskopów zlały się w jedną masę, a grawitacja przestała istnieć. Nagle, wszystko zgasło.

Była tylko ciemność i zimno. Zenek czuł coś jakby gwizdanie w środku głowy. Czul się sparaliżowany. Nie mógł ruszyć żadnym mięśniem. Trwał tak w zawieszeniu może z pięć, dziesięć minut. Trudno powiedzieć. Gwizdanie w głowie zaczęło oscylować. Potem owe oscylacje przybierały coraz bardziej skomplikowane formy. Zenek zaczął czuć coś jakby niewyraźny bełkot. Bełkot stawał się coraz bardziej zrozumiały, aż w końcu Zenek zrozumiał.

-Ock-nij się !!!
-Cco co est ? Kto mówi ?
-Ock-nij się Mó-wią do cie-bie „Ple-ja-dia-nie”
-Janie ?
-„Ple-ja-dia-nie” dur-niu.
-Co kurwa ? Plejadianie ?
-Tak Ple-ja-dia-nie.
-Kim jesteście, co się ze mną dzieje ?
-Jes-te-śmy is-to-ta-mi z ple-jad. Po-ro-zu-mie-wa-my się z to-bą te-le-pa-ty-cz-nie
-Taa jasne. Chyba żeście się strefy 11 naoglądali. Lepiej mnie stąd wyciągnijcie.

Ciało Zenka przeszył straszliwy ból.

-Ko-niec py-tań. My py-ta-my ty od-po-wia-dasz. Jas-ne ?
-Jasne ale ... Auuuuuu
-Nie ma ale słu-chaj uwa-żnie nę-dzna is-to-to.
-Słucham
-Za-bi-liście na-sze-go wys-ła-nni-ka
-Jakiego wysłannika ? Auuuuuuu
-Pa-mię-taj, my py-ta-my ty od-po-wia-dasz.
-Ok
-Za-bi-li-ście na-sz-ego wys-ła-nni-ka. A te-raz my wy-bra-liś-my Cie-bie
-Do czego ? Auuuuuu Ja pierdolę przestańcie już z tym bólem. Pogadajmy normalnie jak człowiek z człowiekiem.
-Do-brze niech ci bę-dzie.
-A a a i wyłączcie jeszcze ten głupkowaty akcent. To było modne w latach osiemdziesiątych
-Ok
-Do czego mnie wybraliście ?
-Wykonasz ważną misję.
-Pierdolę moja ważna misja to jak najszybciej wygrzmocić Kaśkę.
-Zamknij się prymitywie. Powiem inaczej. Jeśli się nie zgodzisz, będziemy musieli zrobić koniec świata jeszcze przed 2012.
-Do 2012 jeszcze pięć lat.
-Jeśli się nie zgodzisz to będziemy musieli zrobić koniec świata dokładnie za pięć minut. A wtedy anie nie wygrzmocisz Kaśki anie se nie kupisz Motoru. Zgadzasz się.

Zenek zrobił szybki bilans. Wyobraził sobie swój piękny nowy motor i wspaniałe bufory Kaśki.
-No dobra niech wam będzie, zgadzam się.

Nagle znowu zrobiło się jasno. Chaotyczhne dzwięki ułożyły się w miarowe dudnienie. Po chwili rozpoznawał już znajomy refren „Avarii”. Widział nad sobą kilka osób. Kaśka wrzeszczała mu do ucha.

-Boże dobrze się czujesz ? Nic ci nie jest ?
-A Cco się stało ?
-Straciłeś przytomność. I gwizdnąłeś głową w parkiet.
19.   22.6.2007   9:52:5 Szczepan Zamokły - Satanowski
Na zewnątrz Agawy zapanowało poruszenie spowodowane całą sytuacją przy namiocie ochrony przed wejściem. Mężczyźni komentowali całe zajście rzucając w powietrze dobre rady dla ochroniarzy, podparte zapewnieniami, że jak przyjdzie co do czego to ruszą na pomoc. Laski piszczały z zachwytu nad sprawnością bramkarzy.

Boss ochrony, przez komórkę zawezwał kilku kolegów, którzy wylegli z napełnionej do połowy dyskoteki i pomogli usadzić grupkę wyrostków na jednej z ław, ustawionych na zewnątrz pod namiotem, przy prawej ścianie budynku obok okienka z hot – dogami, zapiekankami i innym ciepłym żarciem. Na stoliku wylądowały fajki spacyfikowanych gości i co grubsze banknoty z ich portfeli. Zaraz ten łup zniknął w plecaku jednego z pracowników agencji. Ochroniarze parę razy stuknęli młodocianych w kark albo w czoło dając do zrozumienia, że jakakolwiek dyskusja skończy się w niezbyt przyjemny sposób.

Po czterdziestu paru minutach, dwieście pięćdziesiąt metrów od dyskoteki zatrzymała się policyjna furgonetka. Po dłuższej chwili wysiadł z niej jeden policjant i bardzo powoli podszedł do ochroniarzy.

- Co się stało? – spytał pełnym przerażenia głosem, cały czas oglądając się za siebie w stronę radiowozu.

- Cześć Mareczku, czołem. Mamy kilku ćpunów. – boss ochrony przybrał serdeczny, ale poważny ton. – Zabierzcie ich stąd.

- Jak to zabierzcie? – zagubiony policjant szepnął w kierunku ochroniarzy.

- No pomożemy wam załadować do suki i jazda z gnojkami. – wyjaśnił, mówiąc wyraźnie i powoli dyskotekowy bramkarz.

- Ahaaa. Ilu ich jest?

- Sześciu. Sześciu gnojków.

- No dobrze. Tylko muszę to zgłosić. – Policjant usunął się kilkadziesiąt kroków i poinformował przez telefon komórkowy policjantów z samochodu, że muszą wysiąść. Następnie zameldował o całej sytuacji przełożonym z posterunku w Tucznie. Po chwili z furgonetki wychynęło jeszcze trzech policjantów. Za chwilę cała czwórka mundurowych stała przy ławie z niedoszłymi uczestnikami zabawy.

- Pozwolicie z nami. Na posterunek. – jeden z policjantów przybrał służbowy ton.

Po paru minutach radiowóz był gotów do odjazdu. Szef ochrony złapał za ramię policjanta, który jako pierwszy wysiadł z radiowozu.

- Mareczku, poczekaj. Znaleźliśmy to przy nich. – ochroniarz podał policjantowi woreczek z sześcioma z pigułkami. – Po jednej przy każdym…

- Aha, to dzięki. Na razie.

- Zaraz, zaraz, a zeznania? – ochroniarz spytał prędko.

- No tak. Poczekaj. – policjant zniknął przy samochodzie. Za trzy minuty wrócił z innym policjantem, uzbrojonym w notes i długopis.

- Tego pana trzeba przesłuchać jako świadka. I innych uczestników zajścia. – pokazał przed siebie palcem, po czym zawrócił do auta, które już grzało się, gotowe do odjazdu.

Policjant usiadł przy ławie, przy której przed chwilą siedzieli ochroniarze i zatrzymana przez nich grupa. Skrzętnie notował zeznania ochroniarzy prześcigających się w opisach awanturniczego zachowania wyrostków. Jak rzucali przekleństwami, obrażali gości, obmacywali dziewczyny. Na koniec podali nazwiska kilku osób, które mogłyby potwierdzić ich wersje. Po zakończonym postępowaniu policjant został uraczony zapiekanką i puszką coli, a także miłą pogawędką, po czym - na polecenie szefa - dwóch ochroniarzy odwiozło stróża porządku na posterunek do Tuczna.
20.   29.6.2007   21:53:42 Szczepan Zamokły - Satanowski
Kacper przyjechał na plebanię zaledwie piętnaście minut po rozstaniu z Witkiem i jego znajomymi przy „Agawie”. Marzył tylko o jednym: zjeść coś, wziąć prysznic, strzelić porządnego drinka i odespać wszystkie przygody. Spotkanie z Witkiem i te trzy dni w Wałczu pozwoliły mu zapomnieć o całej sytuacji z Weroniką. Teraz jednak czwartkowy wieczór powrócił siejąc w umyśle i duszy Kacpra coś w rodzaju depresji.

Wchodząc do kuchni wpadł na panią Stefanię - gosposię, która zajmowała się sprawami gospodarskimi na plebani.

- O rety, rety! – wrzasnęła pani Stefania zderzywszy się z wikarym - Tyż się ksiundz skrada. Nie trza tak cicho chodzić bo tu nie cmyntarz proszę księdza!

Kacper rzucił się do ucałowania powitalno - przepraszalnego gosposi, którą może łatwiej było przeskoczyć niż obejść. Ta - rozmasowując czoło, które zderzyło się przed chwilą z jego podbródkiem - piszczała z radości:

- Jak się księdzu Kacperkowi wolne udało? Coś ksiundz kiepsko wygląda. Oczka podkrążone i w ogóle coś nie tak jakby! Może się Kacperek struł w tym mieście, co? Zaraz pierogi podam, odgrzeję. Z mięskiem. I barszczyk do tego. Zaraz ksiundz kolorków nabierze. A wiejskie powietrze dobrze robi na wszystko.

- Tak, tak, kochana pani Stefo, czyta pani w moich myślach. Umieram z głodu.

- A czy to post jest jakiś, żeby się ksiundz głodem morzył? – Stefania była kobietą, która gotowa była matkować i niańczyć świat cały, dla każdego miała uśmiech i dobre słowo. Zaparzanie herbaty dla proboszcza i wikarego traktowała z powagą porównywalną do kazania papieskiego. Obiad urastał do rangi encykliki.

Kacper wszedł do jadalni i zastał przy stole proboszcza i jakiegoś młodego księdza, którego nigdy wcześniej nie widział.

- O jest i ksiądz Kacper! - rzucił na powitanie głosem radosnym, ale zachowującym pewien dystans i powagę. - Myślałem, że ksiądz późnym wieczorem zjedzie, jak to zazwyczaj. Ksiądz Kacper jest typem samotnego turysty. Znika sam, na długo i jak mówi, że wróci w sobotę wieczorem to się rzadko zdarza, że będzie przed północą. - ostatnie słowa proboszcz skierował do młodego księdza, ale zaraz odwrócił się w kierunku Kacpra: - siadaj, siadaj Kacper. My już serniczek pani Stefanii wciągamy, więc musisz nas dogonić. A to jest, widzisz, ksiądz Remigiusz, młody, półtora roku od święceń. Młody, ale zdolny. Będzie u nas do końca wakacji. Przygotowuje książkę o naturze objawień, o rzeczach niewytłumaczalnych. Taki przewodnik dla wątpiących: Czy jest coś po życiu, czy jesteśmy sami we wszechświecie i takie rzeczy... Widzisz, ksiądz biskup uznał, że u nas, na zadupiu, będzie miał spokój niezbędny przy tego typy pracy.

- Remigiusz Trenkner? – Kacper upewnił się, wyciągając rękę na powitanie gościa. – Odważny z księdza człowiek! Ten ostatni artykuł w Wyborczej…

- No, nasi nie zawsze chcą moje teksty drukować… – mrugnął porozumiewawczo ksiądz filozof ściskając rękę Kacpra.

Kacper zwrócił się do proboszcza:

- No i nie boi się ksiądz heretyckiego siedliska w Pustkowie? Autor eseju „Zawsze można wierzyć inaczej” na pobożnej wsi? No, no! A może ksiądz Remigiusz skrył się tu przed Kongregacją Nauki Wiary?

- Widzę, że znany jest tobie dorobek Remigiusza – proboszcz uwielbiał mieszać zwracanie się oficjalne, półoficjalne i per „ty”. – Bez obaw. Nasz naród odporny jest na takie nowinki. Bliżej im do lefebryzmu niż do „eksperymentów” postępowych księży. Ja nikogo nie będę ograniczał. Podzielimy się obowiązkami. Ksiądz Remigiusz weźmie jedną niedzielną moją mszę i jedną twoją. W tygodniu będziemy ustalać na bieżąco. Tak samo z resztą spraw. Z katechezy, jak rozumiem, ksiądz Remigiusz jest zwolniony. Może to i dobrze… Zresztą koniec roku szkolnego za tydzień. – Następnie zwrócił się do gościa. – Ksiądz wybaczy, ale pogrzeby, śluby, chrzty pozostają bez zmian. To biedna parafia…

Kacper uśmiechnął się słysząc ostatnie słowa. Znał swojego proboszcza jak własną kieszeń i wiedział, że nie dopuści on do zubożenia dochodów z tzw. „posługi”. Proboszcz był pobożnym człowiekiem, który jednak wielką wagę przywiązywał do mamony i wykorzystywał każdą okazję by zwiększyć dochody parafii. Wiedział o jego przekrętach z samochodami, a nawet o tych z darowiznami. Proboszcz potrafił wydusić pieniądz z kamienia. Jak tylko dowiedział się o przypływie gotówki u któregoś parafianina chwytał się wszystkich metod by wymusić dziesięcinę. Potrafił być miły, upierdliwy, poufały – dla każdego dopasowywał właściwe środki oddziaływania. Nie miał skrupułów przed oszukiwaniem kurii. Gdy tacę zbierano na cele diecezjalne lub inne wówczas z wyliczeń wychodziły nędzne sumy po kilkaset złotych. Gdy tylko zbierano na potrzeby parafii wówczas kolekta wzrastała kilkakrotnie. Wszystko za sprawą kreatywnej księgowości.

Co dziwne pazerność proboszcza nie wynikała z jego prywatnych materialnych zachcianek. Powodem takiego postępowania była chęć utrzymywania wzorcowej parafii. I faktycznie: kościół należał do najlepiej utrzymanych w diecezji. Do tego – rzadko spotykane na wsi – dom młodzieży z boiskiem, świetlica z mini salą kinową, poradnia psychologiczna, prawnicza, biuletyn na wysokim poziomie. I ciągłe inwestycje. Nowy dach, nowa dzwonnica, droga do kościoła jak na amerykańskich filmach. Ponadto sprawnie działający Caritas, zawsze kupujący dzieciakom ciuchy na zimę, opłacający kilkadziesiąt obiadów dla najuboższych uczniów w okolicznych szkołach.

Rozmyślając tak Kacper skończył obiad i deser natychmiast podsunięty przez panią Stefanię. Podziękował za kawę i – pożegnawszy się ze swoim „szefem” i nowym współlokatorem, pogrążonymi w dezynwolturze – szybko udał się do siebie.

Mieszkanie Kacpra na plebanii składało się z dwóch pokoi: jednego przestronnego który urządzony był jak salonik, z fotelami, kanapą, małym stoliczkiem i biblioteczką, a także małym biurkiem do komputera stojącym pod oknem obok plazmowego telewizora ustawionego tak by można go było oglądać z kanapy. Mały pokój był typową sypialnią z jednoosobowym, wąskim łóżkiem, nocnym stoliczkiem oraz podwieszanym na specjalnej półce niewielkim telewizorkiem. W przedpokoju znajdowała się lodówka i mała szafeczka, na której stał ekspres do kawy oraz czajnik elektryczny. Z małego pokoju wchodziło się do niezbyt przestronnej, ale porządnie urządzonej łazienki.

Gdy tylko wszedł do siebie wyciągnął butelkę whisky i nalał porządną porcję do szklanki. Nie odrywał ust od naczynia dopóki nie wypił do końca. Oblizał wargi i nalał kolejną, równie sporą porcję, z która udał się na kanapę. Wyciągnął się na niej w pozycji półleżącej. Popijając tym razem małymi łyczkami, próbował się relaksować. Zamknął niby na chwilę oczy. Nawet nie poczuł jak odpływa. Po chwili zasnął, upuściwszy szklankę z na wpół wypitym alkoholem…
21.   4.7.2007   0:57:21 weronika
Kacper zasnął błogim, pijackim snem, nie zdając sobie sprawy, co stało się 24 godziny temu, gdy wybiegł z mieszkania Weroniki.
Kinga zakręciła wodę w wannie i pomogła Weronice wyjść. Okryła ją starannie ręcznikiem. Obie poszły do pokoju. Zmęczona płaczem Weronika zasnęła szybko. Kinga natomiast wzięła do ręki pamiętnik i zaczęła czytać dokładnie.. Od początku. Miała pozwolenie właścicielki, ale nie była do końca przekonana, że czytanie zawartości notesu było najlepszym pomysłem. Było tam wszystko o życiu Weroniki i nie tylko. Był nawet fragment o przygodzie, jaką wspólnie przeżyły jakiś czas temu. Czytała kilka godzin aż dotarła do fragmentu, w którym pojawia się Kacper.. Kacper widziała go kiedyś na schodach.. Dotarła w końcu do strony, która była powodem rozpadu związku Kacpra z Weroniką.
- On chuj a ona naiwniaczka… Pomyślała Kinga. Wiedziała ze Jej koleżanka zawsze chciała założyć rodzinę a z tego, co wynikało pokochała mężczyznę, którego szczegółowo i z pasją opisywała w swym pamiętniku. Kinga popatrzyła na Weronikę. Przykryła ją dokładnie kołdrą, zgasiła światło, zamknęła drzwi i wyszła. Spojrzała na zegarek. Już 3 rano. A jutro jedzie przecież z Jolką do Róży do szpitala.
-Ale się kurwa porobiło. Wyszła jeszcze zapalić na balkon i poukładać sobie wydarzenia z tego dziwnego i dnia.
22.   4.7.2007   10:1:21 Szczepan Zamokły - Satanowski
W niedzielny poranek Kinga wstała po zabawie w „Agawie” koło 10:30 i – skorzystawszy z toalety – postanowiła zapukać do pokoju Róży.

- Taaak? – zachęciło ją pytanie młodszej siostry Jolki Rębiech więc nacisnęła klamkę i powolutku popchnęła drzwi. Róża leżała w łóżku. Wieczorem stary Rębiech przywiózł ją ze szpitala. Psioczył ile wlezie na młodego lekarza i ordynatora, którzy zorientowawszy się w czym rzecz zażądali tysiąc złotych do podziału za nie zawiadomienie prokuratury. Starego aż zatrzęsło ze wzburzenia, ale co miał zrobić. Lekarz kazał zabrać Różę do domu:

- Panie, nic jej nie będzie. Tu potrzeba czasu. Zabieg przeprowadzony fachowo, nie ma czego się obawiać. Osłabła dziewczynka. Zabieraj ją pan bo w poniedziałek to będziesz pan miał kolejnych do opłacania. Wojtka z pogotowia bierzemy na siebie, tyle że musisz pan dorzucić dwie stówki. Takie są stawki. Na przyszłość radzę uważać. Wie pan, w życiu różnie bywa, człowiek czasami nie ma wyboru, ale jakiś tam ślad to zostaje, u kobiety, u jej rodziny. W głowie. Musisz pan patrzyć czy wszystko w porządku. Bywa, że kobieta od tego… - tu lekarz wykonał gest palcem obok czoła, jaki robi się by pokazać, że ma się kogoś za świra.

- Z gościa musi być niezły skurwysyn! – dorzucił ordynator. Staremu Rębiechowi to zdanie kołatało się cały czas w głowie gdy wiózł z powrotem córkę do Berdyszewa. Klął na wszystko, na swojego żuka, na innych kierowców, na stan dróg, na rząd, samorząd, Kościół, Unię Europejską. Tak naprawdę był przerażony myślą, że Witek się dowie. Przecież chciał żeby chodził z Różą, żeby się z nią ożenił, ale wszystko po kolei. Przecież jak najpierw wyda się Różę to będą z Joli robić starą pannę. Plotkować będą, że skoro młodszą już wyprowadzili z chałupy to z tą starszą musi coś być nie tak. Poza tym te studia Róży. Kasa wpakowana. Wioska cała zazdrościła, że córka Rębiechów pojechała do miasta na nauki w tak młodym wieku. Znaczy zdolna. Nie można było inaczej. Kazał więc Jolce iść z tą jej koleżanką ze Szczecina na zabawę do tej „Agawy”. Kazał ściągnąć tam Witka. I wciskać Witkowi, że już dużo lepiej, że tylko badania w szpitalu, żeby potwierdzić, że nic jej nie jest. Po cholerę w ogóle ta Kinga. Po co ta Jolka wypaplała. Po co ją zaprosiła do Berdyszewa. No, ale cóż. Stało się. Zresztą Róża by jej wygadała. Co ten lekarz gadał? Że od usunięcia można sfiksować? Pierdoły. Gdzie mózg, głowa, a gdzie za przeproszeniem to drugie… No, ale trzeba będzie jeszcze jej pilnować, potem pogadać, wyłożyć wszystko co i jak. A Witka to się wyśle do Szczecina żeby mieszkania, co Kinga wynajmuje pilnował. Wakacje niedługo więc pewnie koleżanki wyjadą, a mieszkaniem trza się zająć. Podobno to okazja takie mieszkanie. W samym centrum, blisko szkoły, niedrogo i w ogóle.

- Kinga… – wyszeptała Róża na widok kochanej koleżanki. Do jej oczu napłynęły łzy. Kinga podskoczyła do niej. Ścisnęła mocno i zaczęła tulić głowę. Całowała włosy Róży, kawałek po kawałeczku. Masowała, gładziła jej plecy.

- Ciiiiii, spokojnie Różuś, spokojnie. Dobrze. Wszysko będzie dobrze.

Róża uspokoiła się. Kinga położyła się obok niej i zaczęła ją zasypywać nowinkami ze Szczecina. Zwłaszcza tą o Weronice. O tym, że zostawił ją facet, że ta prawie zwariowała z rozpaczy. O wczorajszej dyskotece. O tym, że spotkały Witka. Że nic nie wie. Że nie wiedział nawet, że Róża jest w szpitalu. W ogóle to się zachowywał jak wzór chłopaka. Jak się dowiedział od Jolki, że niby wszystko dobrze, że jeszcze tylko badania kontrolne to chyba oszalał ze szczęścia. A w ogóle za żadną dupą się nie obejrzał. Tyle tylko co chłopaków fajnych przyprowadził, kumpli z wojska. Jeden nawet to się na nią zasadził. Gadali, gadali. I tu kolejny hicior.

- Wiesz, ten jeden z kumpli Witka, Maciek ma na imię, całkiem do rzeczy, fajne mięsko się wydaje to ciągle ze mną gadał. Fajny, żartowniś, dżentelmen, ma brata na studiach w Szczecinie, na informatyce. I wiesz co? Wiesz co się okazało?

- No? Co? Co? – Róża była pierwszy raz od dłuższego czasu szczęśliwa. Cieszyły ją opowieści ze Szczecina, cieszyła relacja z dyskoteki. No i przede wszystkim to, że jej Witek tak się porządnie zachowywał. Kinga ostatnie miesiące często przyjeżdżała do Berdyszewa więc znała tutejszych bywalców dyskoteki. Relacje między nimi. Kiedyś nawet zabujał się w niej szef ochrony, syn pana Heńka z elektrociepłowni. Śmiechu było co nie lada. Odpuścił sobie z czasem, ale zawsze wpuszczał Kingę bez opłaty. Czasem odwoził, albo kazał odwieźć, ją i Rębiechówny do domu.

- Okazało się, że bliskim kumplem Witka i chłopaków był niejaki Szymon co zginął w Iraku. A to ten brat Weroniki. A Weronikę podobno zna wasz wikary. Zgadali się bo spotkał Wicia i kumpli w czwartek wieczorem i troszkę poszaleli do soboty w Wałczu. Musi być równy księżulo. Jolka mówi, że nawet przystojny. A tak poza tym to bez bijatyk się obeszło. Tylko Zenek łeb sobie rozwalił. Zemdlał jak tańczył. Nie wiadomo czy od prochów, czy co. Wyszedł zaraz razem z Kaśką. Ciekawe, czy „dopadł” swoją miłość… Bo pewnie poszli do niego. Wziął ją na litość, he, he. Hela to już w ogóle – kompletny upadek, dno. Najpierw jakiemuś typkowi z Tuczna druta pociągnęła w kiblu, a potem jak się do niej przykleił to polazła dupy dawać jednemu z ochroniarzy. Wiesz, w tym niby magazynku, co ochroniarze tam towar przechwycony chowają i posuwają głupie pipy. To nie koniec! Potem się napruła, startowała do kumpli Witka, ale ci ją zbyli to poszła, normalnie w krzaki, za garaże, z tym blondasem co na PKSie jeździ. Mówię ci, Różuś, kurestwo, najzwyklejsze kurestwo. Ten drugi kumpel Witka, Rafał, to może by ją „trącił”, ale ta debilka się tak nachlała, że żal było patrzeć. Poza tym mu odradziłam. Porządny chłopak co się będzie z dziwką pieprzył, no nie? Chociaż bardziej rzutki od Witka, czy tego Maćka. W tych sprawach wyraźnie bardziej napalony. Oglądał się troszkę za kilkoma dziewuchami, aż w końcu zniknął gdzieś na ponad pół godziny z Dejzi. Troszkę szkoda bo Joli wpadł w oko. Tylko, że się za późno zorientował, że może do niej startować. Wiesz, tu pyknął Dejzi, a tu ma się do Jolki przystawiać? Głupio, nie? Poza tym to nie dupki z Berdyszewa tylko porządne chłopaki.

- Przynajmniej szczery. Powiedział, że nie przyjechał tu konia trzepać. I że trzeba sobie przeczyścić zawory! Więc uznajmy, że Dejzi była tu czynnikiem hydraulicznym… – Jolka weszła do pokoju i słysząc końcówkę rozmowy skomentowała w ten sposób opowieść Kingi. Przysunęła krzesło do łóżka, na którym leżały, pogrążone w plotach, Róża i Kinga, usiadła na nim i kontynuowała: – Jak się żegnaliśmy to mu podałam numer komóry. Jego się rozładowała i nie miał jak zapisać. Wyciągnęłam szminkę a ten podciągnął koszulkę i kazał sobie na klacie napisać…

- Łaaaał – pisnęły równocześnie Róża i Kinga.

- A co. Przynajmniej żaden sztywniak. – zaśmiała się Jola, szczęśliwa że widzi siostrę w tak dobrym humorze. – Wstawaj Kinguś, idziemy na 12:00 do kościoła. Pamiętaj, że jesteś na zadupiu…

- Tak, tak. Co ludzie powiedzą – ironicznie powiedziała Kinga. – Za 20 minut będę gotowa.

- Ja też. – odpowiedziała Jola. – A ty Różyczko leż sobie. Potem jeszcze się nagadamy.
23.   4.7.2007   13:32:55 Święty
W kościele jak co niedziela. W pierwszych rzędach wielce pobożne starsze Panie, w średnich ludzie w średnim wieku, a w ostatnich młodzi. Właśnie w tych ostatnich pospuszczane głowy, gdzie nie gdzie podbite oko i oczywiście woń na wpół strawionego alkoholu. Msza przebiegała jak zwykle i jak zwykle proboszcz zapamiętał się w płomiennym kazaniu. Grzmiał tubalnym basem.

...I mamy tu przykłady działania szatana. Strzeżcie się. Rozejrzycie się dookoła. Wszędzie pijaństwo i rozpusta. Narkotyki i prostytucja...

Jechał dalej przeciągając głos.

...Są wśród nas niestety, ci którzy wstydu nie mają. Ci którzy są naszą przyszłością, żyją bezbożnie. Ci którzy tylko udają pobożnych, gdy ktoś patrzy. Boga w sercu nie mają, rodziców i starszych nie szanują...

Zawsze w takich momentach tylne rzędy, jeszcze bardziej spuszczały głowy, jakby próbując ukryć oczywiste ślady nocnego szaleństwa.

...Opamiętajcie się odrzućcie grzech i żyjcie po Bożemu. Ojciec się na was rozgniewa i spotka was
zasłużona kara...

W tym momencie ton mu trochę zelżał. Trochę oprzytomniał. Zdał sobie sprawę że zaczyna się trochę zapędzać. Owszem musiał potępić młodzież za nocne swawole. Musiał to zrobić, żeby porządnie wyglądało. Z drugiej jednak strony nie mógł zbytnio przesadzić, żeby nie narazić się właścicielowi Agawy. Właściciel, Pan Tomasz Chełpiński, zawsze dawał duże ofiary. Poza tym czasem dorzucił coś ekstra. To właśnie z jego datków proboszcz położył piękny bruk wokół kościoła i wyremontował konfesjonały.

Proboszcz miał jeszcze jedno przyzwyczajenie. Przed niedzielną mszą lubił sobie walnąć coś mocniejszego, dla kurażu i płomienności kazań. Tym razem też sobie walnął, ale na szczęście opamiętał się w porę i złagodził ton kazania.

Na koniec baby z pierwszych rzędów, zawodząc odśpiewały “Pobłogosław Jezu drogi”. Oczywiście jak to zwykle w takich sytuacjach słychać było raczej współzawodnictwo niż współpracę. Kościół powoli się wyludniał. Oczywiście zauważono nieobecność Zenka i Kaśki i tu i ówdzie dało się słyszeć pierwsze plotki na ten temat.

Tym czasem Zenkiem w jego własnym domu, w jego własnym łóżku opiekowała się Kaśka. Jak każda kobieta poczuwszy w sobie pielęgniarkę, starała się swojemu pacjentowi dogodzić. Zenek z kolei, jak każdy facet starał się tę dobroć wykorzystać. W głowie mu jeszcze szumiało i dopadała go lekka podropsowa deprecha. Próbował poskładać sobie nocne wydarzenia i za każdym razem kiedy przypominał sobie swoją wizję, przechodziły go ciarki. Zaraz jednak sobie tłumaczył że po tych dragach to różne rzeczy można zobaczyć. Uspokajał się na chwilę i znów sobie przypominał.

Gdy się tak katował podeszła do niego Kaśka i zapytała:

-Dobrze się czujesz ? Zmierzyć ci temperaturę ?
-A może ja ci zmierzę ?

Odpowiedział Zenek łapiąc dziewczynę za rękę i ciągnąc tak że upadła na niego.

-No nareszcie

Pomyśleli oboje.
24.   4.7.2007   17:2:35 Szczepan Zamokły - Satanowski
Po zakończonej mszy Kinga szybko skierowała się do zatłoczonego wejścia. Przepuszczając kolejkę ludzi stały z Jolką obok konfesjonału. Wyszedł z niego Kacper i prawie wszedł na Weronikę. Pobladł gdy spojrzał na jej twarz. Schylił głowę i prawie pobiegł w stronę ołtarza.

- O kurwa. – powiedziała niezbyt cicho Kinga.

Jolkę jakby piorun strzelił. Obejrzała się dookoła. Nie mogła ocenić czy ktoś słyszał przekleństwo w ustach Kingi. Tym bardziej, że parę kroków dalej stała Dejzi ze wzrokiem wlepionym w Kingę.

Kinga chwyciła Jolkę za ramię. Wbiła w nią paznokcie, aż ta poczuła ostry ból. Wyglądała jak mumia. Blada i przerażona szepnęła

- Jolka… Chodź… Wyjdźmy stąd jak najprędzej… To był on…

- Kto? – również szeptem spytała Jola.

- Facet Weroniki. Na pewno. To on.
25.   4.7.2007   17:56:55 Szczepan Zamokły - Satanowski
Paweł wsunął płytę Doorsów do odtwarzacza w wieży i wybrał jeden z utworów. Zawsze, gdy czekał na Anię odtwarzał ten sam utwór:

Well, she's fashionably lean
And she's fashionably late
She'll never wreck a scene
She'll never break a date
But she's no drag
Just watch the way she walks
She's a twentieth century fox

Jego studencka kawalerka skryta była w półmroku. Paweł miał tylko stojącą lampę, dającą niewielkie oświetlenie, a także małą lampkę na biurku. Na ścianach wisiały plakaty starych kapeli rockowych, takich jak „The Shadows”, „Guns N’Roses”, „Aerosmith”. Pod ścianą z oknem leżał na podłodze duży materac, z pościelą przykrytą kocem. Zajmował jedną czwartą pokoju. Obok dużego biurka, na którym stał rozkręcony komputer, drukarka, skaner, monitor. Był jeszcze, stojący w kącie, długi, ale wąski stolik drewniany – bardzo, bardzo niski. Obok niego leżały trzy ni to duże poduchy, ni to pufy. W każdym bądź razie, siedząc na tym czymś można było w miarę swobodnie korzystać ze stolika. Na przeciwległej ścianie do okna stała wieża, a w każdym z rogów, podwieszone były, na ¾ wysokości kolumny. Sprzęt wyglądał na bardzo profesjonalny i fachowo podłączony. W kilku miejscach pod pozostałymi ścianami stały stojaki z „Netto” na płyty. Poza tym obok wieży leżało na podłodze dużo pustych, pootwieranych pudełek od płyt CD albo same płyty bez opakowania. Po przekątnej poprowadzonej od stolika stał z kolei nie pasujący do niczego fotel z wystawki.

Gdy Paweł tak czekał, siedząc w fotelu, musiał przysnąć na dłuższy moment bo gdy ocknął się na dźwięk SMSa to leciał już jeden z ostatnich utworów, składanki, którą przygotował kiedyś po pijaku, a którą wiele osób uznało za kwintesencję muzyki Morrisona – takie „The Doors” w pigułce. Podniósł się, w pewien sposób zachwycony, że ten kawałek pasuje do typowego, polskiego, letniego, niedzielnego wczesnego wieczoru:

I found my own true love was on a blue Sunday.
She looked at me and told me I was the only One in the world.
Now I have found my girl.
My girl awaits for me in tender time.
My girl is mine, She is the world,
She is my girl. La, la, la, la.
My girl awaits for me in tender time.
My girl is mine, She is the world,She is my girl.

Po kilku krokach był już w kuchni. W lodówce leżało kilkanaście puszek piwa. Zza kupionych dla siebie i Ani na porannych zakupach Żywców, na wypadek gdyby zdecydowali się zostać w domu i obejrzeć jakiś film na kompie wyciągnął i przełożył na inną półkę cztery Fasbergi z Biedronki. Zaraz chwycił jedną puszkę i otwierając ją wrócił do pokoju. Włączył komputer i ściągnął pocztę. Oprócz spamu i kilku maili z dowcipami, czy głupimi rysunkami był mail od brata, który dorwał się gdzieś, jak to napisał, na zadupiu do internetu i zapowiadał swój przyjazd do Szczecina w poniedziałek. Miał nocować w mieszkaniu jakiegoś kumpla, ale chciał się spotkać z bratem. Paweł uśmiechnął się na myśl spotkania z Maćkiem. Wiedział jak to się zakończy. „W takim razie Anka musi jutro sobie radzić sama.” – pomyślał. Ania miała być o 18:30, a była już prawie 19:30. Przypomniał sobie, że z drzemki wyrwał go SMS. Podszedł do przedpokoju i wygrzebał z kieszeni bluzy starego Alcatela. Nie, to nie była Ania. To Paulina, koleżanka z tej firmy, do której chodził w kwietniu na praktyki. Paweł kilka razy pozwolił sobie na chwilę słabości, która zakończyła się u Pauliny w łóżku. Nie, nie podrywał jej. Prędzej ona jego. A właściwie oboje pozwolili sytuacji toczyć się i rozwijać. Potem skończył praktyki i więcej się z Pauliną nie spotkał. Ona co jakiś czas próbowała nawiązać z nim kontakt telefoniczny bądź SMSowy, on zlewał ją całkowicie. W pewnym sensie miał do siebie wyrzuty, za całą tą sytuację, uważał, że po raz kolejny swoim skokiem w bok, o którym Anka nie wiedziała tak naprawdę skrzywdził ją. Chociaż ani przez chwilę nie myślał by ją zostawić i związać się z Pauliną, na co Paulina chyba cały czas liczyła. Ich seks był bardziej udany od tego z Anką, ale w końcu było to tylko parę przygód tylko dla seksu więc może trudno się dziwić.

Wspomnienie doznań z Pauliną zwiększyło tylko niecierpliwość oczekiwania na przyjście Anki. Poczuł, że już nie może żyć bez niej, że uzależnił się od niej, od spotkań z nią, od tych durnych przedpołudniowych spacerów, których kiedyś tak nienawidził. Wspólne robienie obiadu, oglądanie filmów, wycieczki w weekendy, jaranie trawy, grzybki i inne ciekawostki. Znajomi jej i jego polubili ich jako parę. Przez co często bywali to u jej to u jego znajomych. Zresztą to byli już teraz ich znajomi. Wszyscy polubili tą sympatyczną parę młodych ludzi, którzy potrafili się bawić, mieli wiele tolerancji dla siebie i nigdy się nie kłócili. No może poza jednym razem, kiedy na urodzinach Pawła Anka żartem coś wspomniała o ślubie. Paweł wytrzymał do końca imprezy, ale gdy wszyscy wyszli wyrzucił Ance, w niepodobnym sobie stylu, że nie życzy sobie więcej takich tekstów.

Paweł początkowo traktował Anię jak przygodę, jak zajebisty moment w życiu. Trudno było go posądzać o wierność. Zaliczył, na początku związku z Anką, kilka lasek – właściwie za każdym razem kiedy na imprezie czy w ogóle nadarzyła się taka okazja. Potem to się skończyło. Po pierwsze coraz rzadziej był sam, po drugie jakoś nie myślał o tym. Po sytuacji z Pauliną stwierdził, że już nie potrafi jej zdradzać. W ogóle wcześniej nie używał słowa zdrada, nie tak to traktował. Potem tylko jeszcze raz, w wariacki sposób, dorwał sąsiadkę Anki – Baśkę. Tylko po to by udowodnić sobie, że jest jeszcze jakaś swoboda w jego życiu, że jak będzie chciał to może robić co zechce. Przeżył to ciężko. Zwłaszcza, że Anka miała ostatnio problemy ze zdrowiem. Może to depresja, a może coś innego. Zadawała miliony pytań, które kiedyś były początkiem fajnej rozmowy, a teraz powodowały, że zapętlali się. Anka cały czas czegoś w życiu szukała, miała chwile, kiedy przeszywał ją – jak mawiała – ból istnienia. Paweł martwił się tą całą sytuacją. Odstawił nawet Ance wszystkie prochy, poza trawą, chcąc by jakoś się pozbierała.

Myśli kręciły się po głowie jak mrówki po mrowisku. Dochodziła ósma. Paweł nie wytrzymał. Z szuflady wyciągnął lufkę i z kodaka nabił niemałą ilość towaru. Usiadł w fotelu. Próbował się odprężyć. W kilku seriach przedzielonych krótkimi przerwami, spalił wszystko co nabił do fifki. Było lepiej, dużo lepiej. Bardzo fajnie, zajebiście. Uśmiechał się sam do siebie i słuchał muzyki:

I really want you, really do.
Really need ya baby, God knows I do.
'Cause I'm not real enough without you;
Oh, what can I do? You make me real.
You make me feel like lovers feel.
You make me throw away mistaken misery.
Make me free, love, make me free.

W myślach Pawła odbyła się projekcja wszystkich dobrych wspomnień związanych z Anką. Zaraz tu będzie, usiądzie na fotelu, w tym swoim wyciągniętym swetrze i sztruksach i będzie, jak głupia hipiska opowiadać o ludziach, których mijała idąc tutaj. Zjedzą coś, wypiją piwko, może jeszcze zajarają. Obejrzą film, a potem będą się pieprzyć. Tym razem ostro. Zero łagodności. Albo nie; zaczną od tego. Jak tylko przyjdzie. Paweł fantazjował, nie mógł się doczekać, spojrzał na zegarek.
26.   4.7.2007   19:39:13 Szczepan Zamokły - Satanowski
„Ale gdzie ona jest do cholery? Czy coś się stało? Ponad półtorej godziny? Kurwa, pewnie pomyliła godzinę, albo zapatrzyła się w telewizor i czas jej się popieprzył. Na pewno zaraz tu będzie. Wiem, zadzwonię do niej.” Podszedł i ściszył nieco wieżę, muzyka od razu złagodniała:

Hello, I love you
Won't you tell me your name?
Hello, I love you
Let me jump in your game…

Telefon milczał jak zaklęty. Stacjonarny też. Paweł pomyślał, że pewnie już jest w drodze. Przełamał się i zadzwonił do jej sąsiadki Baśki. Z jej relacji wynikało, że Anka raczej jest w domu. Baśka widziała jak wróciła skądś popołudniu. Teraz dobiega z jej mieszkania głośno odtwarzana muzyka. Paweł uśmiechnął się, jak Baśka, nie omieszkała szczegółowo poinformować, że zdaje się, że to są Doorsi.

Włożył buty, ubrał szarozieloną bluzę z kapturem, zamknął drzwi na klucz i zbiegł na dół. Niemal naprzeciwko był przystanek tramwajowy.

Do mieszkania Ani były trzy przystanki. Pasował każdy tramwaj. Paweł wygrzebał z kieszeni bluzy odtwarzacz MP3 i pogrążył się na powrót w swojej ukochanej muzyce. Chmury, które dopiero co zaciągnęły się nad miastem spuszczały pierwsze krople deszczu czyniąc niedzielny wieczór jeszcze bardziej ponurym i powolnym. Tramwaj był prawie pusty, trzy małe dziewczyny stały zupełnie z tyłu. Na jednym z ostatnich siedzeń siedział chłopak w wieku może dwudziestu lat, na jego kolanach trochę młodsza dziewczyna. Całowali się co chwila, szepcząc sobie coś do ucha. Z przodu w różnych miejscach cztery starsze panie, wracające pewnie z niedzielnych wieczornych nabożeństw, a może z odwiedzin u dzieci czy wnuków. Paweł naciągnął kaptur na głowę i dał maksymalną głośność w odtwarzaczu. Wcisnął słuchawki, usiadł zaraz przy drzwiach i zatopił się w „Riders On The Storm”…Ten jeden kawałek, wersja siedmiominutowa, wystarczył by tramwaj pokonał odległość do właściwego przystanku, stając bodaj na wszelkich możliwych światłach. Paweł, który niemal odpłynął – tak zadziała na niego wypalona wcześniej trawa – ocknął się gdy tuż przed częścią wokalną w kongenialnym „When The Music’s Over” Morrisom wydaje głośny krzyk: „Yeah”. W ostatniej chwili wyskoczył z wagonu. Aż coś nim skręcało gdy leciały kolejne słowa tego utworu. Ponad dziesięciominutowy popis kunsztu Jima wystarczył z kolei na dojście do bloku i wdrapanie się na czwarte, ostatnie piętro, do mieszkania, które Ania dostała po zmarłej parę lat temu samotnej ciotce. Paweł miał w dupie konwenanse. Miał w myślach przygotowany żart dla Anki, jak tylko ją dorwie i rzuci jej parę słów pretensji. A może po prostu strzeli focha, tak żeby go dziewczyna musiała mocno przepraszać. Nacisnął klamkę, drzwi były otwarte. Faktycznie z dużego pokoju dobiegała muzyka. Pawła czasami mierziło i przewracało mu flaki gdy słuchał ni to psychodelicznego ni to psychopatycznego „My Wild Love”. Tym razem było tak samo.

- Anka! – krzyknął próbując zidentyfikować miejsce gdzie jest teraz dziewczyna. W dużym pokoju zastał pustą butelkę piwa przy drzwiach i kolejną, dopitą do połowy przy fotelu. Na dużym, starym stole, przy którym spokojnie zmieściłoby się sześć osób leżało zawiniątko z folii aluminiowej. Paweł wiedział co dobre i rozpoznał kokę. Rozpoznał też, że jest to może jedna piąta porządnej porcji jaką można kupić u dobrego dilera. Było jasne co stało się z resztą narkotyku.

- Anka, do cholery! – krzyknął, tym razem porządnie wystraszony. Poszedł do łazienki. Anka siedziała na klozecie, ale twarz miał wsuniętą do umywalki. Z kranu lała się małym strumieniem zimna woda. Z nosa Anki ciekła stróżka krwi. Końcówki włosów były mokre, zmoczone wodą z kranu.

- Anka! Ania, Ania! Kurwa mać! Ankaaa! – Paweł szturchał dziewczynę próbując uzyskać jakiś kontakt. Uderzył ją delikatnie w twarz. – Aniu, Ania, Anka. – powtarzał. Dopiero teraz spostrzegł, że oczy i twarz cała nabiegły opuchlizną. – Chryste Panie! – krzyknął Paweł. Zauważył, że wokół jednego oka popękało mnóstwo naczynek krwionośnych nadając twarzy jego dziewczyny jeszcze bardziej niepokojący wygląd. Do tego okolice nosa i ust zalane były krwią. Zmoczył twarz Anki lodowatą wodą.

- Pa…weł… - jęknęła w chwilowym oprzytomnieniu.
27.   5.7.2007   15:7:26 Szczepan Zamokły - Satanowski
- Spokojnie mała. – Paweł ułożył jej włosy tak by opadały na plecy, zdjął poplamioną bluzkę i ściągnął spódnicę. Z wieszaka zdjął szlafrok i najdelikatniej jak mógł ubrał w niego Anię, która znowu gdzieś odpłynęła. Objął mocno w pasie, jedną rękę przerzucił sobie za głową i próbował zaprowadzić do łóżka.

- Nie do łóżka, na fotel…– wymamrotała Anka. Pawłem wstrząsnęło, że zamroczona dziewczyna, w przebłyskach świadomości pamiętała o podstawowej zasadzie, o której on zapomniał. Osoby w stanie kompletnego odurzenia czy to narkotykami, czy to alkoholem nie wolno kłaść na wznak. Lepiej na bok. A jeszcze lepiej posadzić niż położyć. Chroniło to przed uduszeniem się wymiocinami, a także w narkotycznych wizjach i stanach lęków – z nieznanych powodów – zmniejszało wrażenie spętania, tak niebezpieczne dla akcji serca.

Paweł posadził Anię w fotelu. Przysunął puf i podłożył jej pod nogi. Z szuflady wyciągnął jakieś grubsze skarpety i nałożył na jej stopy. Nogi przykrył kocem. Pogłaskał ją po głowie, po twarzy. I zabrał się do ocierania ręcznikiem krwi z nosa i twarzy. Po pięciu minutach krwotok był zahamowany.

- Wariatko, coś zrobiła, odbiło ci mała? – Paweł powiedział to nie licząc, że ona usłyszy i zrozumie co do niej mówi.

- Paweł – odpowiedziała mu powoli, z dużym wysiłkiem – tak cię kocham.

Paweł uśmiechnął się do niej.

- Nic teraz nie mów. Zrobię ci gorzkiej herbaty.

Zniknął w kuchni. Nic, w ogóle nic nie myślał. Wykonywał ruchy automatycznie. Zdawało mu się, że tu w kuchni słyszy oddech Anki. Nalał wody do czajnika, wyciągnął szklankę, wrzucił torebkę z herbatą do szklanki. Nastawił czajnik. Usłyszał charakterystyczne charczenie. „Kurwa” – krzyknął, chwycił odruchowo stojący na szafce duży garnek i za ułamek sekundy był przy Ance. Zdążył w ostatniej chwili. Podstawił garnek pod głowę. Anka zwymiotowała strasznie się przy tym męcząc. Trwało to może i kwadrans. Pomiędzy kolejnymi wymiocinami Anka dławiła się nie mogąc złapać oddechu. Z oczu płynęły jej łzy. Liczba popękanych naczynek wokół oka zwiększyła się. Anka odruchowo chwyciła butelkę piwa stojącą przy fotelu i przepłukała usta, wypluwając piwo do garnka.

Paweł opróżnił garnek w klozecie, wypłukał i zaniósł na wszelki wypadek koło fotela. Papierowym ręcznikiem wytarł twarz umęczonej dziewczyny. Przyniósł z kuchni herbatę. Dziewczyna była na tyle przytomna, że małymi łyczkami, posłusznie wypiła niemal wrzący napój.

„Heroin” lecące z głośników podziałało na Pawła jak płachta na byka. Zerwał się z ustawionego obok fotela krzesła żeby wyłączyć wieżę. Na pół przytomna Anka wycedziła jednak:

- Zostaw, proszę, niech leci. – Paweł ściszył więc o połowę, tak że dźwięki były ledwo słyszalne. Zaparzył jeszcze jedną herbatę i postawił na podłodze przy fotelu.

- Teraz śpij, jak najdłużej, musisz to wszystko przespać, mała. – pogładził ją znów po głowie i pocałował w czoło, trzymając za rękę. Zauważył, jak dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Zaraz z jej oka poleciała łza. Pawła coś ścisnęło za gardło. Przez setną sekundy pomyślał, że tego nie wytrzyma. Że wyskoczy przez okno i to wszystko się skończy. Ogarnął się jednak w sobie i wycedził przez zaciśnięte zęby powstrzymując się od płaczu:

- Jestem tu cały czas obok, mała. Cały czas tu jestem. – Postał tak jeszcze chwileczkę, patrząc na nią. Ona leżała w połowie, a w połowie siedziała. Była już spokojna. Tylko co jakiś czas coś mruczała. Poszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Była prawie pusta. Poza połową butelki wódki, jaka została po ostatniej imprezie i pełną dwulitórwką coli były trzy jajka i słoiczek dżemu. Paweł wyciągnął flaszkę i colę z zamiarem zrobienia sobie drinka. Nalał wódki do połowy szklanki. W ostatniej chwili odstawił colę, zakręcił z powrotem i schował razem z wódą do lodówy. Szklankę z dużą ilością wódki przechylił od razu. Nawet się nie skrzywił. Wrócił do pokoju i położył się na łóżku. Nie zasnął. Zrywał się na równe nogi za każdym razem gdy Anka charknęła czy głośniej mruknęła. Kilka razy łapał ją przeraźliwy kaszel, który jednak szybko mijał. Po północy sytuacja się uspokoiła się na tyle, że Paweł mógł się pogrążyć w myślach. „Czemu to zrobiła?” „Skąd wzięła towar?” „Dlaczego wystąpiła taka reakcja?” Paweł pary razy próbował wspólnie z Anką koki i innych prochów, tych cięższych. I – jak w każdym przypadku z dragami – lepiej jej wchodziło niż jemu. To on zamotał się kiedyś po kwasie tak, że myślał, że zwariuje. A Anka wzięła byka za rogi, nie dość, że miała fajny odlot, to jeszcze sprowadziła go na ziemię. „Co tu się tak naprawdę stało?” – ta myśl powracał co chwilę, nie dając zasnąć na równi z troską, przerażeniem i sącząca się po cichu muzą „The Doors”.
28.   6.7.2007   2:10:20 Święty
Kinga złapała Jolę za rękę i prawie biegiem opuściły kościół. Nerwowo odpaliła papierosa, Jolka patrzyła na nią ze zdziwieniem.

-Pierdolisz.
-Nie !
-Pierdolisz.
-Wasz wikary to niezły gagatek. Teraz już wszystko rozumiem. Tajemniczy gość i w ogóle.
-Pierdolisz ?! Nie wierzę !
-No to uwierz bo to najprawdziwsza prawda.
-O ja pierdolę kurwamać !!! Ładne kwiatki.
-No właśnie. Na dodatek nie wiadomo czy jej czego nie zdmuchał.
-Aaa Teraz wszystko jasne. Ale co robić ?
-Nie wiem.
-Może nic i jakoś się samo poukłada.
-Ooooo nie ! Damy chujowi nauczkę, to mu się w końcu odechce romansów tak że Matka Boska, będzie jedyną kobietą jaką będzie chciał oglądać.

W mądrej główce Kingi zaczęła istna kotłowanina, ale zaczął się krystalizować zarys rozwiązania.

-Pójdziemy do niego i to teraz.
-No co ty ?
-Trzeba kuć żelazo póki gorące. Teraz jest tak wystraszony że zrobi wszystko co zechcemy.
-A co chcesz zrobić.
-Chcę zapewnić Weronice miękkie lądowanie.
-To znaczy ?
-No zrobić tak żeby ucierpiała na tym jak najmniej.
-A powiemy jej ?
-Nie. Jeszcze się dziewczyna jakiegoś urazu nabawi.
-To co idziemy ?
-Idziemy.

Przyszły na plebanię i zastukały. Drzwi otworzył im proboszcz. Starał się mówić na wdechu.

-Niech będzie pochwalony
-Pochwalony. Czego panienki sobie życzą ?
-Mamy sprawę do wikarego.
-Do wikarego ? On coś żle się czuje i chyba dziś nie jest w formie do rozmowy.
-Tak ? Przecież widziałyśmy go, jak wychodził z konfesjonału.
-Ale on ...

W tym momencie Kinga postąpiła krok naprzód. Proboszcz próbował zatarasować sobą wejście, ale zrobił to jakoś tak niezgrabnie, że dziewczyny znalazły się w środku. Nie było wyjścia, ksiądz musiał ich zaprowadzić do wikarego. Kacperku, masz gości ... Zawołał przymilnie i wpuścił obie damy do jego pokoju, po czym szybko się oddalił. Kacper pobladł, zobaczywszy dziewczyny. Próbował coś tłumaczyć, gestykulował, jąkął się i miotał po pokoju.

-Zamknij się i siadaj! Usadziła go Kinga.
-Ale ja ja ...
-Zamknij się teraz ja mówię.
- ...
-Wiem co z ciebie za numer a ty pewnie wiesz co może z tego być.
-Nnie mmasz dowwodów.
-Doprawdy ? A pamiętnik ? A świadkowie ? Może być z tego grubsza afera, więc lepiej słuchaj, bo nie mam czasu na pierdoły.
-...
-Trzeba porządnie załatwić sprawę z Weroniką.
-Ale jak ?
-Po pierwsze masz z nią zerwać w cywilizowany sposób, a najlepiej żeby to ona zerwała.
-Ale chyba a późno.
-Co za późno ? Za późno to może być za chwilę.
-...
-Ona nie może się dowiedzieć że jesteś księdzem. Masz odegrać jakiś teatrzyk.
-To znaczy ?
-Powiesz jej że masz rodzinę i tym podobne. Albo że masz taką pracę, że nie możesz się wiązać i dlatego tak zareagowałeś.
-Yyyhm ?!
-Albo Nie ! Mam lepszy pomysł !
-Jakki ?
-Będziesz udawał geja.
-Co takiego ? Mam być ciotą ? Nigdy w życiu !!!
-A chcesz wystąpić w wiadomościach ? Mam kotku liczne znajomości i zrobisz co ci każę. Szczegóły przekaże wkrótce. Na dzisiaj to koniec i mam nadzieję że się rozumiemy.
-Mhm.
-A ! I jeszcze jedna rzecz. Jeśli Weronika jest w ciąży, nawet nie myśl o skrobance. Będziesz bulił mój księżulu.

Podeszła do niego bliżej i pocałowała go w usta. Kacper odruchowo rozchylił wargi. Wtedy Kinga wyciągnęła swoim zwinnym języczkiem, jego język i ugryzła go z całej siły. Auuuu, zakwilił wikary.
Pamiętaj, ze mną nie ma żartów. Żegnam Pana.
29.   6.7.2007   10:2:16 Szczepan Zamokły - Satanowski
O wpół do drugiej oddech Anki stał się równy, głęboki, spokojny. Znaczyło to że zapadła w sen. Wiedział, że teraz ten najgorszy stan fizyczny minął, że teraz może odreagować psychika. Bardzo często po takim zatruciu organizmu śnią się koszmary. Potworne koszmary. Nie zmniejszało to jednak faktu, że sen był najpotrzebniejszą rzeczą. Paweł uspokoił się. Wydawało się, że najgorsze minęło. Podjął decyzję: Pojutrze zabierze na kilka dni Ankę gdzieś w Bory Tucholskie, albo w góry i będzie z nią cały czas. Będzie jej gotował, wszystko będzie robić. Żeby odpoczęła i wróciła do siebie. Może to czas żeby całkowicie odstawić prochy? Będą rozmawiać. O wszystkim. O sobie, o przyszłości. Może Anka będzie chciała powiedzieć co i jak, dlaczego? Przypomniał sobie ich jedną jedyną kłótnię, po jego urodzinach. Był przerażony na samą myśl, że to mogło być przyczyną tego szalonego zaćpania. Nie dopuści by to się powtórzyło. Na koniec wyjazdu jej się oświadczy. Jak spotka się z bratem to poprosi go na świadka. Anka pewnie poprosi Baśkę. Kurwa, przecież na tych zleceniach dużo zarabia, sam opłaca sobie studia i tak dalej. I nie narzeka. Nie jedno małżeństwo by tak chciało. Anka niech skończy tą chemię, nie musi iść do roboty. W razie czego odnowi kontakt z Pauliną i przyjmie propozycję stałej pracy. Dawali mu cztery koła. Albo założy firmę…Jak co to przeniesie się na zaoczne. I weźmie Ankę w podróż poślubną po Europie. Hiszpania, Francja, Włochy, Chorwacja. Pełny miesiąc miodowy. Żadne tam dwa tygodnie. Już się zatroszczy by fundusze się znalazły. Tatusiek nie na darmo odkłada co miesiąc na konto wszystko co zarobi w gabinecie… Starczyłoby na podróż dookoła świata i to dla dziesięciu osób. I chuj tam, gumki do kosza, jak się już człowiek ma hajtać to musi mieć dzieciaka. I będą mieli. Anka jest taka wrażliwa. Będzie wspaniałą matką. On też da z siebie wszystko.

Pogrążony w coraz lepszym nastroju, podjąwszy decyzje, których nie podjąłby jeszcze rano chyba na chwilę zasnął. Obudził się, poderwał, gdy za oknem było już jasno. To przecież końcówka czerwca. Noce są bardzo krótkie. Na zegarku była 04:10. Podszedł do Anki. Uśmiechnął się na widok jej uśmiechu na uśpionej twarzy. Chwycił ją za rękę. Była bardzo zimna. Pomyślał, że może już spokojnie położyć ją do łóżka i przykryć kołdrą by zrobiło jej się ciepło. Chwycił ją za ramię. Lekko uniósł. Przelała się przez niego.

Pawłem wstrząsnęło. Oszalał. Zsunął Ankę na ziemię, zaczął do niej krzyczeć, uderzać coraz mocniej po twarzy. Rozsunął szlafrok. Znalazł mostek, odmierzył dwa palce i w tym miejscu rozpoczął 30 ucisków, potem próbował sztucznego oddychania. I tak na przemian. Może i ze dwadzieścia minut. Za późno. Serce jego dziewczyny zatrzymało się na dobre.

Podniósł się. Stał nad ciałem Anki. Z głośnika leciało wprost do jego ucha:

This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end
Of our elaborate plans, the end
Of everything that stands, the end
No safety or surprise, the end.

Trząsł się. Cały się trząsł. Wcisnął pięść między zęby. Podszedł do okna. Targnął nim płacz. Z oczu leciały mu łzy. Nic nie myślał. Wszystko go bołało. Trząsł się. Cały się trząsł.
30.   7.7.2007   23:32:23 weronika
Weronika wstała dopiero o 13. Była wykończona płaczem. Poszła do sklepu kupiła chleb i piwo. Zjadła kanapkę z serem, nie miała apetytu.
-Komórkę mi chuj rozwalił muszemu uświadomić że mi ją kurwa szybko odkupi..
Zrobiła kawę i usiadła na balkonie. Zapaliła papierosa i popatrzyła przed siebie.
-Kingi nie ma w domu. Pewnie jest u Jolki. Ale dziś wróci. Jutro musi być w robocie. Miała ochotę z kimś pogadać. Nie miała jednaknumerów znajomych ponieważ wszystkiebyly zapisane na karcie sim. Już nie płakała nie miała na to siły. Wiedziała, że popełniła błąd. Włączyła Barryego Whita siedziała na kanapie pijąc piwo. Alkohol i cicha, kojąca muzyka znów ją zmorzyła. Szybko zasnęła. Obudziła się dopiero późnym wieczorem. Wiedziała, że w tym tygodniu nie może pracować. Nie byłaby w stanie się skupić na niczym. Zaraz by się pytali, co się stało i tak dalej. Nie lubiła tego. No i nie lubiła się rozklejać. Jak by to wyglądało jeszcze do tego w pracy..
- Cześć Bartek. Słuchaj nie dam rady jutro być w robocie. Najlepiej, jakbyś załatwił zastępstwo na ten tydzień.. Złapała mnie straszna grypa. Nie, no co ty niczego nie potrzebuję.. Dam sobie radę. Załatwisz to? Dzięki, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. No papa
Weronika nie była przeziębiona, chciała się po prostu urżnąć i spokojnie wytrzeźwieć zwalczając kaca. To jej było potrzebne. W szczecinie otworzyli nowy pub. Postanowiła, że tam właśnie spędzi następną noc. Zauważyła, że światło w domu Kingi się zapaliło. Założyła sweter i pobiegła do mieszkania koleżanki. Wypiły wino poplotkowały. Ale Kinga zachowywała się dziwnie. Jakby chciała coś ukryć. O co jej chodziło? Weronika nie chciała naciskać. Może to jakaś delikatna sprawa. Ok 24 Weronika wróciła do siebie. Kinga natomiast długo nie mogła zasnąć bojąc się, że Weronika dowie się kim naprawdę jest Kacper.