28-05-2007 Święty
 

Opowieść Niesamowita

Chciałem was zaprosić do udziału w zabawnym projekcie. Chodzi o wspólne napisanie opowiadania (kto wie może wyjdzie powieść). Ja zaczynam. Napisałem krótki fragment, proszę was o kontynuację. Każdy z nas będzie coś dodawał i w końcu wyjdzie. Nie wiadomo w którą stronę pójdzie oraz jak i czy w ogóle się skończy. Sugeruję abyście zamieszczali w miarę obszerne i w miarę zamknięte fragmenty tekstu, coś w rodzaju kolejnych rozdziałów czy podrozdziałów. Chodzi o to żeby nie dodawać po jednym zdaniu. Pamiętajcie, że to tylko sugestia i jeśli wam nie pasi, to ją olejcie. W każdym razie posty nie będące treścią opowiadania będę usuwał lub przenosił. Dobra nie będę już gadał bzdur, już zaczynamy, już nie czekamy, start, start, start !!!

Sekretarka planu >>

Święty  

1.   28.5.2007   17:1:31 Święty
Nad Berdyszewskim polem zachodziło już słońce. Zenek spoglądał przez zielone szkło butelki z winem owocowym, na fragment swojego dziesięciohektarowego gospodarstwa. Był czwartek. Zawsze w czwartkowe popołudnia, Zenka dopadał szczególny nastrój, swoista melancholia. Trudno mu było nawet stwierdzić czy lubił ten nastrój czy nie. Był czwartek. Dyskoteki zaczynały się dopiero w piątki lub soboty.

Jest czwartek, pomyślał i pociągnął długi, powolny, majestatyczny wręcz łyk, z zielonej butelki. Nic do roboty, jak to zwykle w te cholerne czwartki. Żeby się chociaż lis zakradł do kurnika, albo żeby komuś po pijaku, odcięła ręce snopowiązałka, a tu nic.

Podrapał się po jajach i wsadził rękę do kieszeni żeby sprawdzić ile ma kasy. Miał tam trochę mońców i jakiś pomięty banknot. Wyszło mu tego wszystkiego 16.66 pln. No nie poszaleję, pomyślał. Ale na jeszcze jedno winko, faje i bułkę, spokojnie starczy. Zenek wprawdzie miał w chcie jeszcze 200 pln, ale nie chciał ich rozmieniać. Specjalnie zostawił sobie te dwie stówki, żeby w sobotę na dyskotece zaszpanować przed tą czarną Kaśką. Obmyślił to sobie tak, że jak będzie jej stawiał drina to wyciągnie te 200 pln, akurat przy niej. Resztę portfela miał mieć wypchaną (tak dla większego efektu) gazetami pociętymi do rozmiaru banknotów. Zastanawiał się jeszcze nad kasą z eurobussinessu, ale gdzieś zgubił, siłą rzeczy zostawały gazety.

Kaśka cholernie mu się podobała. Miała fajny tyłek (szczególnie fajny w tych obcisłych lakierowanych szortach, co je miała ostatnio) i jeszcze fajniejszy bufet. Ogólnie mówiąc, miała klasę. Zenek nie wiedział czy się zakochał, czy tylko zauroczył. Wiedział jednak że pragnie żeby mu jego księżniczka, przynajmniej laskę zrobiła. Ale cóż, przecież był czwartek.

Dobra, pomyślał, pójdę se po winko bułkę i faje, a przy okazji zrobię mały obchód po gospodarstwie i sprawdzę czy wszystko jest ok. Może po tym winku mi się rozjaśni i obmyślę co dalej robić z Kaśką. Poza tym nie wiem czy lepiej jest iść w koszulce od Nike'a, czy od Adidasa.

Znad horyzontu wystawało już tylko pół słońca, a na jego tle widać było sylwetkę zenka, zmierzającego w kierunku sklepu...
2.   29.5.2007   21:18:45 Matka Generalna
Szedł spokojnym, powolnym krokiem - 'w końcu na naszej wiosce też kapitalizm jest' - pomyślał Zenek, a sklep czynny był do 23. Za ladą ona, Jola, w sumie fajna dupa, ładnie zrobiona, oczy jasne, cera taka zdrowa, opalona. Kiedyś bardzo mu się podobała, nawet ze dwa razy kwiata jej dał, ale jak poznał Kaśkę, to cały świat do góry nogami stanął.

Z daleka poznał już sylwetkę Jolki, stała przed sklepem, paliła te swoje długie mentole. Gadała z jakąś inną laską, chyba przyjezdną, bo Zenek nie kojarzył jej wcale. Może jakaś koleżanka z miasta, Jolka teraz zaocznie do liceum chodzi, to pewnie w szkole ją poznała.

Tak se myślał, mógł kiedyś o wykształceniu pomyśleć, ale co to tam on, taki wykształcony, żaden to równy chłopak, pewnie od razu stałby się jak pany z miasta - o, na przykład Mietek, co to jak wyjechał się uczyć, to już o swoich kolegach zapomniał. Żonę se znalazł, bogatą, z mieszkaniem, dzieci mu się zachciało, a piwa z kolegami to mu się odechciało. Nawet ostatnio już przestał telefonować.

Zenek wszedł do sklepu, Jolka skończyła palić, zgasiła peta butem, pożegnała się z koleżanką (zajechało po nią srebrne audi) i weszła do środka.

- Hej, Jolka, masz jakie ciekawe nowe trunki? - spytał Zenek.

- Ta, wczoraj cytrynówkę przywieźli, chcesz? - cmoknęła, żując gumę. Zenek sięgnął ręką do kieszeni, zaczął liczyć drobne. - Ty, co ty taki markotny? - spojrzała na niego zdziwiona.

- Ja?... ja markotny, no co ty, taki dzisiaj może dzień gorszy mam.

- No może dzień gorszy. Czypiendziesiąt - odparła całkiem sucho.

Zenek już podnosił rękę, żeby dać Jolce drobne, tymczasem ujrzał, jak jej twarz zamarła ze strachu. Obrócił się, za nim stał Witek, a jego wielka sylwetka jakby całkowicie Zenkowi przesłoniła resztki promieni zachodzącego już słońca.
3.   31.5.2007   0:24:53 Święty
Pan Henio, portier w elektrociepłowni, właśnie dopijał zimną kawę, oglądając kończący się właśnie odcinek plebanii. Trudno zaprzeczyć, że był czwartek. Pan Henio był bardzo miłym gościem. Wszyscy go lubili, bo zawsze się uśmiechał i dla każdego miał dobre słowo. Wbrew pozorom nie był zwykłym pierdołowatym portierem z zakładu pracy chronionej. Był czujny jak żbik i ostry jak cerber. Jeśli tylko spostrzegł coś niepokojącego, reagował błyskawicznie i stanowczo.

Pan Henio marzył o dalekich krajach, przygodach, innych kulturach. Kiedyś za komuny był na zakładowej wycieczce w Budapeszcie. Potem w latach dziewięćdziesiątych jeździł do Niemiec przemycać fajki. Później długo długo nic. W 2004 roku próbował szczęścia w Londynie. Niestety dał się nabrać jak dziecko, tamtejszym “pośrednikom”, zresztą również rodakom.

Po Londyńskiej przygodzie, obiecał sobie, że już nigdzie nie będzie jeździł i znajdzie sobie siedzącą pracę przy biurku. Jak pomyślał tak i zrobił.

Właśnie zbliżała się tradycyjna czwartkowa rozterka Pana Henia. W ten dzień nigdy nie wiedział czy po “Plebanii” oglądać “Janosika” , czy fakty na TVN-ie. Zawsze postępował tak samo. Zawsze wybierał swój ulubiony serial, by codzienną porcją kurestwa uraczyć się dopiero o 22.

Pan Henio miał dwa złote zęby, dwie górne jedynki. Stracił je kiedyś, podczas bójki w knajpie. Do tej pory nie może sobie przypomnieć z kim się bił, o co, i co gorsza nie wie nawet w którym barze. Jego zęby miały dziwną właściwość. Uciskały go i swędziały za każdym razem, gdy miało stać się coś niezwykłego.

Odkąd objął posadę portiera, nie swędziały go ani razu. Dopiero dziś pierwszy raz od 2004 roku, zaraz po czołówce "Janosika", poczuł to dobrze znane mu uczucie.

Włos mu się delikatnie zjeżył i poczuł lekki dreszcz przebiegający przez kręgosłup. A to ci dopiero, pomyślał. A myślałem że to spokojna posada. No ciekawe ciekawe. Zakręcił na palcu kluczem do pomieszczenia nr 26/66 i zlustrował szybko ekrany kamer przemysłowych...
4.   31.5.2007   18:55:33 Szczepan Zamokły - Satanowski
Zenek poczuł się wystraszony, a może tylko speszony przerażoną miną sklepowej. Witek nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Patrzył tylko na Jolę takim wzrokiem, który mógłby zastąpić dwustronicową definicję nienawiści. Spojrzenie to było dzikie, ale też pełne pogardy, odrazy.

- O co tu, kurwa, chodzi – pomyślał Zenek. Czuł, że sytuacja jest co najmniej dziwna. Wiedział, że Witek chodził z Różą – młodszą siostrą Jolki. Jolka lubiła Witka, kręcił z nią przecież zanim na Boże Ciało poznał jej siostrę. W okolicy wszyscy mówili, że Witek oszalał na punkcie Róży jak tylko ją zobaczył. Zeszłego czerwca czekał na Jolkę na skrzyżowaniu z drogą na Pustków – mieli razem iść na procesję. Jolka przyszła z siostrą. Wtedy zobaczył Różę, której nie widział przez pięć lat bo najmłodsza Rębiechówna po podstawówce wyjechała do jakiejś tam starej ciotki do Szczecina gdzie chodziła do liceum. Na wakacje nie pojawiała się wcale. Podobno – wiedział to od starej Rębiechowej – jeździła za granicę na obozy językowe i zarobić jako opiekunka dzieci w jakiejś niemieckiej rodzinie. Potem poszła na studia, na hotelerastwo – chociaż cały czas marzyła o teatrologii.

Jolka nie miała za złe Witkowi, że przestał się nią interesować i całą swoją uwagę skupił na Róży. I tak planowała się z nim rozstać. Lubiła tego słodkiego „olbrzyma” – jak go nazywała w myślach, ale czuła, że nie dla niej jest stworzony. Ciągle by gadał o tych mądrościach co je w książkach wyczytał. Jeździł do Tuczna do biblioteki a czasem nawet gdzieś dalej do księgarni na zakupy. Jolka natomiast nie przepadała za książkami. Poza tym pękało jej serce jak widziała ile kasy Witek przepuszcza na te swoje mądre książki. Był sympatyczny, bardzo grzeczny i ułożony co rażąco nie pasowało do jego sylwetki Ursusa. Na dodatek uczynny i uczciwy. Nigdy nikt nie słyszał żeby Witek poszedł na jakąś fuchę czy przekręt, nawet w tych czasach jak ruskie wojska się wyprowadzały i niejeden się nachapał na handelku z Armią Czerwoną. Chłopaki proponowali Witkowi by się podłączył bo szło wtedy wszystko co ruskie mogli sprzedać za dolce...A ludzi po prostu brakowało do jeżdżenia z towarem. Poza tym taki siłacz przydałby się na wypadek wpadki czy czegoś podobnego. Witek zawsze stanowczo odmawiał i powtarzał, że jego to nie interesuje. Dlatego też wszyscy go lubili, ale często się zeń śmiano, a nawet szydzono. Nawet koleżanki Jolki. Miała tego dosyć i postanowiła z nim zerwać. Tym bardziej, że przez dwa miesiące – jak coś tam kręcili razem – do niczego nie doszło. Jolka myślała, że taki mięśniak musi być niezły w łóżku, a tu przez dwa miesiące nie mogła się przekonać.

Rozstali się w całkowitej zgodzie. Nie raz widywano zeszłego lata Witka z Różą jak czekali na Jolkę aż zamknie sklep a potem razem szli do Rębiechów żartując po drodze, dokazując jak małolaty i popijając piwo z puszki. Kiedyś Zenek szedł kawałek razem z nimi i usłyszał jak Jolka powiedziała do Wtka, nie przejmując się tym, że Zenek wszystko słyszy:
- Dobrze się stało olbrzymie! Róża jest taka szczęśliwa...
Witek pokiwał głową, a potem uśmiechnął się jak małe dziecko.

Przez następny rok, jak tylko skończyły się wakacje Witek cały czas był w drodze. Jak tylko nie był w Wałczu gdzie w miejscowej drużynie futbolowej był zawodowym bramkarzem i podobno najlepszym zawodnikiem Startu, o czym parę razy w Kurierze Wałeckim napisano to jeździł do Szczecina, do Róży, która wyprowadziła się od ciotki i za stypendium wynajmowała z dwiema koleżankami mieszkanie. Siedział u niej całe dnie, zwłaszcza jak nie było rozgrywek. Zresztą jego drużyna, jak dostała się do regionalnej ligi grała parę meczy w Szczecinie. Po jednym z takich meczy działacze wysłali cheerleaderki z kwiatami dla Witka jako najlepszego zawodnika meczu. Owacja była jak na mundialu, klaskali nawet niektórzy kibole przeciwnej drużyny. Z szacunku dla stylu gry, a nie dla zawodnika pogardzanej drużyny - jak tłumaczył się potem jeden z nich. Witek pomachał troszeczkę w prawo i w lewo i przeparadował przez całe boisko ze zdjętą koszulką i kwiatami w wielkiej łapie uzbrojonej w bramkarską rękawicę. Wtargnął na trybuny i rzucił koszulkę pod nogi stojącej tam Róży. Po czym przyklęknął i wręczył Róży kwiaty. Cała wioska gadała o tym przez tydzień bo opisali to w Kurierze Wałeckim a nawet w Gońcu. Stara Rębiechowa to się nawet zastanawiała czy Witek się jej córci nie oświadczył bo widziała w telewizji, że w Ameryce i w ogóle na Zachodzie tak to teraz wygląda. Witek musiał wyrywać słuchawkę Róży jak ta gadała z matką i uspokajać kobitkę, że jak przyjdzie co do czego to pojawi się u starych Rębiechów z kwiatami i dobrą wódką by poprosić ich o rękę ich dziecka.

Na Wielkanoc w domu Rębiechów wynikł pewien zgrzyt. Witek i Róża postanowili pojechać na kilka dni za granicę. Ustalili że po prostu pojadą przed siebie, że zdecydują gdzie jadą jak wsiądą w nowe auto Witka - całkiem niezłego Nissana kupionego bardzo okazyjnie od proboszcza z Pustkowa, który – nikt nie wnikał czemu – miał czasem okazyjnie do opchnięcia jakąś furę. Witek dostał premię z klubu, podobno parę tysięcy i zafundował Róży ten wyjazd. Przysłali nawet do rodziców Róży dwie kartki: jedną z Austrii a drugą z Florencji. Starych Rębiechów strasznie to gryzło, że zamiast na święta do domu zjechać córka wybrała wycieczka z Witkiem. Lubili chłopaka córki, przywykli do nieobecności Róży w domu, która na Boże Narodzenie wpadała czasem tylko i to na półtora dnia. Co innego jednak zostać u ciotki w Szczecinie a co innego wyjechać sobie za granicę. Stara Rębiechowa błagała Jolkę by nic nie gadała. Niestety, nie wiadomo czy ktoś podsłuchał, czy listonosz co przynosił pocztówkę wypaplał, cała wieś już w czwartek po świętach gadała, że Róża jest we Włoszech. Gdy Witek i Róża wrócili jednak to wpadli na wieś i siedzieli u Rębiechów trzy dni. Witek tylko na noc wracał do siebie a tak od rana do późnego wieczoru siedział u Róży. Przywieźli staremu Rębiechowi jakąś włoską wódę, którą ten potem obalił któregoś wieczoru z wikarym – pomstując, że takie świństwo się z zagranicy wozi, a za tą kasę to by można z trzy litry Żytniej nakupić. Jolka dostała kostium kąpielowy, który bardzo jej się spodobał i w którym planowała już wkrótce wyskoczyć nad jezioro. Stara Rębiechowa natomiast dostała medalik srebrny z Rzymu z Benedyktem z jednej strony a Janem Pawłem z drugiej. Wzruszyła się przyjmując ten upominek, a przy opowieści córki z nawiedzenia grobu papieża popłakała się jak dziecko. Pokazywała po mszy w niedziele ten medalik wszystkim babom co były na mszy, aż te – z zazdrości – stwierdziły, że ładny, ale wolałyby bez Benedykta bo co z niego będzie za papież to dopiero czas pokaże.

Najważniejsze jednak, że do Rębiechowej chaty wróciła zgoda i radosna atmosfera. Tym bardziej Zenek nie mógł pozbierać w myślach co takiego mogłoby się stać, że zobaczył Witka w takim stanie. A Witek stał jak wmurowany. Tylko palce u lewej ręki chodziły mu jakby grał na fortepianie. Tak samo miał z tymi palcami jak bronił karne czy udzielał wywiadu dla dodatku sportowego do Kuriera Wałeckiego. Wycedził przez zęby w stronę Joli:

- Ty kurwo!

5.   31.5.2007   23:24:22 Dejzi z kiosku Ruchu
Oho, kogoś swędzi szyja... Krok już trochu nierówny, ale sunie w jedynym słusznym kierunku, do spożywczaka Jolki, gdzie ma niby iść? Ten Zenek to całkiem nawet do rzeczy chłopak, i ubrać się umi, i na dyske zaprasza te swoje laski, mówią, że motor kupować będzie, Honde... Pije, ale w sumie każdy pije, nie? Chłop bynajmniej to nie wielbłąd jest, pić musi – taka prawda. Taaa... co mi tam, zamknę tego cholernego blaszaka z dziesięć minut wcześniej, zagadam, może ma wolny wieczór i odprowadzi do domu, albo gdzieś indziej, nie? Artur się nie dowie, jego kolegów też do woja wzięli, a to już 5 tygodni bez tego, no... Impreza dopiero jutro... Pieprzona kłódka... Rrrr... I zawsze tak, ale tylko jak się spieszysz... no, już dziwko, zamykaj się wreszcie!... Szybko, kurde, Jolka bez majtków ostatnio chodzi, też „przyjaciela” potrzebuje, he he, wiadomo, kto pierwszy ten lepszy... Zenek to raczej w blondynki gustuje, ale Jolka też niczego sobie, bynajmniej wszystko ma na swoim miejscu, he he... Ooo, i Wicia zjechał do nas? No, no... to jutro może być gorąco w „Agawie”, ta jego truskawka chora podobno, może sam przyjdzie? Zresztą, jeśli nie jutro to w sobotę najpóźniej będ...
- Ty kurwo! (O jaaaa... to Witek! Ale jej pojechał prosto w fejs, he he, przyszłą szwagierkę tak przy ludziach!). Specjalnie mi to wino wczoraj sprzedałaś, prawo jazdy mi, suko, zabrali przez ciebie! (Ale jazda...!). I co, czego się gapisz?! Rowerem, rowerem mam, kurwa, do Wałcza jeździć?!
6.   2.6.2007   0:54:28 Święty
Kinga trwała przez moment w odrętwieniu. To chyba pora na kolejną linię, pomyślała. Wstała podeszła do szafki nocnej i wyciągnęła z niej całkiem pokaźny woreczek. Rozsypała koksik na stole i kilkoma zgrabnymi ruchami, uformowała przepiękną, smukłą i długą linię. Nie lubiła wciągać z lustra, gdyż uważała że to niezbyt estetyczne. Sprawnie skręciła stuzłotówkę w rulon i płynnym ruchem wciągnęła całą porcję. Jeszcze tylko poślinić palec i zebrać cenne resztki. Znajome uczucie w nosie i zaraz potem rozkoszny dreszcz przeszywający ciało. Wyprężyła się jak kotka. Tak tego jej było trzeba.

Już od tygodnia siedziała nad kampanią reklamową, nowej sieci butików odzieżowych. Niestety, od tygodnia miała kompletną pustkę w głowie. Może się wypaliła, a może to tylko chwilowa zapaść ? Tego nigdy nie wiadomo. W sumie wypalenie było raczej mało prawdopodobne. Przecież była młoda , dobrze wykształcona, inteligentna i do tego piękna. Jako osoba niezwykle kreatywna i z dużą siłą przebicia, świetnie radziła sobie na stanowisku copywritera. Szefostwo agencji miało o niej jak najlepsze zdanie. Wkrótce miała dostać podwyżkę, a tu nic. Totalna blokada.

A może powinnam zmienić miasto. Ten Szczecin jest trochę za mały. Może Warszawa ? Tam jest dopiero życie. Tam to się dopiero kręci. Kocham ten mój Szczecin, ale chyba już z niego wyrosłam. Kiedyś to było życie. To był cały mój świat. Ech, podstawówka i ta beztroska. Randki z Jurkiem, nieśmiałe pocałunki. Teraz już jest inaczej. A, jeszcze był ogólniak. I moja słodka Różyczka. Moja piękna Róża, na wycieczce do Zakopanego w czwartej klasie. Ech, co za czasy. A w sumie to nie tak dawno. Studia minęły jak jeden rok i oto jestem właśnie tutaj. I męczę się nad tą cholerną kampanią. Może powinnam się wyluzować, zwolnić troszkę, pojechać na wakacje. Może wziąć kąpiel ?

Kurde i jeszcze ten rachunek z komórę 366,60 pln. No wstydziliby się. Jak można tak człowieka okradać. No nic trudno. Znów przyjemny dreszczyk przebiegł jej po grzbiecie. Chyba pora wyjść na balkon na fajkę. O ja pierdolę !!! A co to takiego ? ...


Paweł, student informatyki siedział przy kompie. Już od dwóch dni tropił błąd w skrypcie. Do stypendium dorabiał sobie programowaniem. Głównie klepał sklepy i mniejsze stronki. Jednak ten projekt był większy. Był to system do zarządzania średniej wielkości gospodarstwem rolnym. Paweł był bystrzachą i miał już trochę doświadczenia, więc szło mu nieźle. Nieźle aż do tego momentu.
Projekt miał oddać za trzy dni. Nie chciał przedłużać. Płacili bardzo dobrze ale umowa była istny cyrografem. Kara za każdy dzień zwłoki, była naprawdę spora. Właśnie był na etapie testów końcowych i wszystko szło dobrze. Aż do tej pory. Już od dwóch dni po zapytaniu bazy o ilość żywego inwentarza baza wyrzucała wynik: 4666 sztuk. Skąd do cholery te 4666. Precież powinno być 148. Próbował już ze wszystkich stron i nic. Na dodatek dzisiaj szykowała się niezła impreza. Przecież był czwartek. Paweł był twardy, zagryzł zęby i postanowił że tym razem się uda. I ...
Nareszcie. Chyba znalazł błąd. Tak to chyba to. Aż nie do wiary że to taki banał. Dobra odpalamy i ...

Nagle zgasło światło. Kurwa mać, wrzasnął. Ja cież pierdolę, dodał. Wyjrzał przez okno. No pięknie, wysiadł prąd na całej ulicy.
7.   2.6.2007   16:2:21 Matka Generalna
- Ty no Witek... coś ci się pomyliło, ja ci wczoraj żadnego wina nie sprzedawałam.. Sok tylko kupiłeś.

- Ta, kurwa, sok, ja ci dam, pierdolony, z procentami!

Jolka spojrzała na Witka ze złością. Kurwa, rodziną będziemy, no dobra, ale kitów to ja se nie dam wcisnąć, o nie.

- Wituś, ja tam nie wiem, co ty wczoraj robiłeś, ale na pewno nie kupiłeś u mnie tego wina. Ty weź se lepiej przypomnij dobrze, zanim coś powiesz, bo ja dobrze pamiętam! - krzyknęła ze złością Jolka. - Jak ja bym mogła ci dołki podkopywać, jak ty mój prawie szwagier jesteś?

Wyraz twarzy Witka trochę złagodniał. Zamiast tego w jego oczach pojawiło się spojrzenie "zdurniałem chyba".

- Coś nie tak jest? - spytała po chwili ciszy Jolka.

- Nie.. nie, nic nie jest - Witek machnął ręką. - Ale kurwa to nie zmienia faktu, że prawa jazdy już nie mam. No nie wiem, co ja zrobię.

- Daj spokój - uśmiechnęła się Jolka - ilu to nie miało prawa jazdy, a dalej jeździło, drugi raz nie złapią cię tak szybko. O, na przykład ten Mirek..

- Co, ty myślisz, że ja mam se dalej tak jeździć?

- No a co ci zrobią? Masz wujka w policji, to ci pomoże, jak coś się stanie.

Witek wzruszył ramionami. W sumie miała rację. Tylu to pijaków po drogach jeździ, i nic sobie z tego nie robią, to on ma się przejmować? I to bezprawnie wszystko było! Bezprawnie! Kurde, no właśnie, zaraz, jak to było..

- Ty wiesz co, Jolka, ja do domu idę, bo ja się muszę zastanowić...

- Nad czym ty chcesz się zastanawiać? Co, mamę o zgodę będziesz pytał? - zaśmiała się Jolka. Witek nic nie odpowiedział. - No dobra, spadaj, zamykam już.

- Do domu wracasz? - spytał.

- No tak, a co?

- To ja jadę z tobą, z Różą się spotkam.

- No dobra, to chodź.

Szybko uporała się z zamknięciem sklepu, chwilę później już wsiadali do samochodu Witka. Jolka szczerzyła zęby, że ten jej szwagier to taki odważny chłopak jest. No, namawiać trochę musiała, ale ogólnie to facet z jajami. Odruchowo walnęła torebkę na tylne siedzenie, na którym leżały jakieś papiery.

- Ty, Witek, to twój mandat jest?

- Taa, mandat - powiedział, odpalając samochód.

- Mogę zobaczyć?

- No jasne.

Jolka sięgnęła po kartkę, usiadła i zapięła pasy. Zerknęła szybko w lusterko, poprawiła włosy, o kurde, coś mi się tusz osypuje, jakieś gówno na targu mi szmata wcisnęła. Dobra, dzie ten mandat Witka..

- Ty Wituś, to cię ktoś w chuja zrobił, ty na miejscu zapłaciłeś?

- No nie - odparł - teraz są kredytowane, ale prawko zabrali.

- Wituś, to nie jest mandat.
8.   4.6.2007   21:22:6 Szczepan Zamokły - Satanowski
Witek zatrzymał się sprawnie na zatoczce dla PKSu mając pewność, że jest to spokojne i bezpieczne pobocze. Wszak ostatni autobus do Wałcza odchodził w dni powszednie trochę po 17:30. Słowa Joli kompletnie go zszokowały i wprowadziły w taką dezorientacje, że gdyby spojrzał w lusterko nie rozpoznałby samego siebie w swym odbiciu. Wyrwał Jolce świstek i patrzył zdębiały w kartkę, wpatrując się to w podpis to w pieczątkę to w literki, wyrazy, zdania całe umieszczone na druczku.

- Jak do diabła nie mandat? Co ty Jolka świra chcesz ze mnie zrobić? Pisze przecież wszystko wyraźnie. Zresztą dostałem już kiedyś.

- Oj Witek, wygląda tylko jak mandat, ale przypatrz się uważnie. To podróba. – Jolka pokazała pod światło latarni stojącej przy PKS-ie jakby na papierku był znak wodny z napisem „Falsyfikat”.

- Co ty? Jolka, co ty? - Witek trząsł się jakby za chwilkę miał dostać padaczki. O czym ty gadasz? Jaka podróba!

- Mówię Ci Wituś, mówię. Zobaczysz. Ja się na tym troszkę znam. – odparła stanowczo i autorytatywnie.

Witkowi przeszło przez myśl pytanie skąd niby Jolka może tak się znać na podrabianych papierach policyjnych. Wydukał tylko:

- Ale policja, alkomat, mundury. To wszystko… To wszystko było…

- Witek, na jakim świecie żyjesz? Mało to przebierańców po kraju lata. Czytałam w Gońcu, że są tacy. Zarobić na frajerze chcieli!

- Jak zarobić? Przecież jak to lewy mandat to grosza nie będą mieli.

- Bo trafili na jeszcze większego łosia niż myśleli. Nie chcieli łapówy, powiedz?

- Pewnie, że chcieli, ale wiesz, że ja nigdy…

- To się wkurwili i ci prawko zapierdolili. Takie druczki pewnie mają dla niepoznaki i się odegrali. I ci wlepili ten niby-mandant. Teraz to ty na nissana uważaj bo do twojego prawka tylko im autka brakuje. Nie wiem czy ci proboszczunio takiego drugiego przewiezie.

- Jak przewiezie? Przecież mówił, że od kolegi księdza co parafię zmienił!

- Oj Wituś, Wituś. Mówił, mówił. Tobie to, mnie tamto. Wie najlepiej co ci miał powiedzieć, żeby kupca nie stracić. Upatrzył sobie ciebie Wituś bo wiedział, że masz odłożone coś tam na koncie. Nie łam się. On sprzedał – ty kupiłeś. Wszyscy zadowoleni – wszystko gra!

Witek tylko schował twarz w dłonie i westchnął tak głęboko jakby brał oddech przed zanurzeniem na pięć minut. Myślał, że zaraz odleci, że zwariuje, że wyskoczy z auta i zacznie tłuc i kopać o blachę auta. Jolka spojrzała na niego z jakimś tam współczucie i powiedziała otwierając drzwiczki:

- Oj Wituś, Wituś… Lecę. Zaraz ojciec będzie wracał z popołudniówki to mu zamacham i mnie zgranie. O zresztą chyba już jedzie. A ty jedź do siebie, wypij piwko i porządnie się wyśpij. Różę pozdrowię od ciebie. Pewnie już śpi, choć czuje się już lepiej. Trzymaj się. A tym… niby mandatem nie przejmuj się w ogóle.

- Jolka? – Witek powiedział to szybko mimo tego, że pochyloną i schowaną w rękach głowę podniósł powoli, patrząc przed siebie a nie na przyszłą szwagierkę. Zmrużył oczy pod wpływem ostrych świateł nadjeżdżającego żuka.

- Tak? – zapytała szybko.

- Przepraszam za ten wyskok w sklepie. I to jeszcze przy Zenku i innych. Boże! Nienawidzę siebie za to! To wszystko przez tą chorobę Róży. Kurwa, żeby grypa tak człowieka złożyła na trzy tygodnie? Jak ją przedwczoraj widziałem to wyglądała jakby czołg ją przejechał. I te SMSy wcześniej: „Dziś nie przychodź”, „Na razie nie przychodź chcę odpocząć”… A jak przedwczoraj przyjechałem to twoja stara tak na mnie jakoś patrzyła, wilkiem jakoś… Po prostu już nie mogę… I wczoraj to prawo jazdy… Pewnie dlatego do ciebie tak przed chwilą…

- Daj spokój! Wituś, trzymaj się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz! Pa, olbrzymie! – mówiąc to pocałowała go w policzek. Musnęła go jednak ustami tak jakby chciała coś zacząć. Jakby to miało być na początek, na zachętę. Szybko jednak zerwała się i dosłownie wyskoczył z auta. Przebiegła parę metrów i równie szybko wpakowała się do stojącego za wiatą żuka. Za chwilę żuk odpalił, zakaszlał i wyminął nissana. Będąc na wysokości Witka kierowca żuka zatrąbił i pomachał. Witek na sekundę wyrwał się z zasępionej pozycji i odmachał. Za chwilkę znowu trwał zastygnięty w kamiennej pozie.

- Mówię ci tato – Jolka po chwili zwróciła się do kierowcy żuka – tak na mnie wyskoczył, że aż się nogi pode mną ugięły. Już pomyślałam, że się dowiedział…

Ojciec Joli lewą ręką dokonał nie lada sztuczki: wygrzebał ze schowka paczkę Carmenów, z przedniej kieszeni kurtki zawieszonej na oparciu siedzenia kierowcy wyciągnął zapalniczkę, w tym samym momencie za pomocą tylko i wyłącznie prawej ręki wykierował samochód z drogi asfaltowej na boczną dróżkę, którą dojeżdżało się do gospodarstwa Rębiechów.

- Że niby czego się dowiedział? Że Róża usunęła? – w tym momencie wykrzesał wreszcie ogień z zapalniczki – Skąd niby miał się dowiedzieć, pytam? – Zaciągnął się w tym momencie pierwszym machem – Najpierw by musiał się dowiedzieć co naszej Róży zmajstrował... No nie? – odwrócił się w kierunku córki.

Jolka nie patrzyła na ojca tylko przed siebie.

- Róża znienawidzi cię do końca życia. A Witek jak się dowie…

Stary Rębiech wywalił przez ledwo otwarte okienko Carmena spalonego do połowy i zahamował przed bramą do domu.

- To co?

- Zabije Cię…
9.   4.6.2007   23:31:26 Szczepan Zamokły - Satanowski
Witek przez dłuższy czas siedział bez ruchu w aucie. Pocałunek i słowa Joli na pożegnanie zdziałały cuda. Postanowił, że pojedzie i prześpi się w swojej kawalerce w Wałczu, którą wynajmował w pobliżu klubu. Do domu nie chciał jechać. Nie wiedział jak miałby powiedzieć staremu ojcu o prawie jazdy. Zadzwonił i w kilku zdaniach wytłumaczył się, że musi pędzić do Wałcza.

Z samego rana pójdzie do banku wypłaci pięć stów bo musi jechać do Szczecina zapłacić za mieszkanie, które Róża wynajmuje. Przecież nie starczyłoby jej ze stypendium opłacać chaty. Tylko tacy „oderwańce” jak starzy Rębiechowie mogli nie pokapować się, że Witek dokłada do studiów Róży. Jakoś dawał radę, ale coraz częściej zastanawiał się co to będzie jak odejdzie z klubu czy coś…

Nagle serce Witka zamarło.

- Co jest kurwa, co jest kurwa, co jest kurwa!!! – powtarzał jak opętany hamując. – Już po mnie! Nieźle. Cholera jasna!

Zatrzymał się bo wyrósł przed nim patrol policyjny, a jeden z mundurowych wyraźnie machał na znak, że kierowca ma się zatrzymać.

- Dzień dobry panie kierowco.

- Dobry. – odburknął załamany.

- Coś mi się wydaję – zaczął funkcjonariusz – że pan wczoraj został przez nasz patrol pozbawiony dokumentu uprawniającego do prowadzenia pojazdu mechanicznego na drodze publicznej…

Witek nie wiedział co powiedzieć, co zrobić. Przez chwilę pomyślał, że zdzieli policjanta z piąchy i pogna przed siebie. Szybko jednak zrezygnował z tej myśli. „A może im zapłacić? Może to okazja? Może jeszcze się prawko uda odzyskać? Kurwa nie, nie zapłacę. Albo… Jezuuuuu! Jestem w takiej sytuacji. Wyższa konieczność… Chuj i tak nie mam gotówy.”

- Za karę musicie nas zabrać na porządną popijawę plutonowy!

- Kurwa co? – rzucił Witek żeby zaraz potem zamrzeć. Plutonowy? Ten głos. Zaraz, zaraz, czy to nie jest…? Rafał, kurwa, człowieku! Człowieku! Kurwa!

W tym momencie tylnymi drzwiczkami władował się do auta facet w mundurze policjanta. Ni to usiadł ni to w pół się położył. Podparty na łokciu powiedział:

- Co to Wituś, kutasie? Zapomniałeś o obietnicy kumpli z wojska? Że za trzy lata, jak się kontrakt skończy, to odwiedzimy cię na tym twoim zadupiu?

- Maciuś, Chryste Panie! – Witek jęknął.

- Oskara nam przyznają za tą szopkę. Zobaczysz. W jednostce gdzie służymy jest magazyn z różnymi rzeczami, najdziwniejszymi. Na wypadek stanu wyjątkowego, rozumiesz. Wszystko musi być. Są mundury, nie tylko wojskowe, policyjne, strażackie…Już się zimą nam plan zrodził. I z Rafałkiem żeśmy mieli czas zaplanować. Przyznasz niezły teatr.

- Powinienem was zabić chłopaki. Kurwa! Jak się cieszę. – przed oczami Witek miał tęczę. W głowie karuzelę. Na jego serce jakby ktoś wlał balsam. Wysunął się jak szczupak z siedzenia i walnął z Maćkiem „misia”. Wyskoczył szybko z auta i objął Rafała. Chyba oszalał. Po tych wariatach mógł się tego spodziewać. Tylko po tych wariatach!

- Pewnie do dupy jedziesz? – Rafał już wyraźnie coś kombinował. - A może od dupy?

- A może od dupy do dupy, co? Wituś co? Cicha woda… - Maciek niemal zaczął intonować ludową przyśpiewkę.

- Nie do chaty jadę. Do Wałcza. Kawalerę tam mam. Jak mnie tu wytropiliście?

- A taka Jolka nam pomogła! Zresztą twoja szwagiera chyba, co? Wczoraj zjechaliśmy z rana. W Tucznie motelik. I zaraz przebraliśmy się, aż się portiera w motelu rozwarła jak wyleźliśmy w tych mundurach. Jak pajace. W auto wsiedliśmy i na tą wiochę. A kto na wiosce ci powie wszystko o wszystkich, jak kurwa pod jednostką? Sklepowa, no nie? Uppss! Sorry za porównanko. Równa babka zresztą z tej Joli. Obiecała nie wypaplać. Aż się jej oczy zapaliły jak jej Rafciu plan zdradził. Widać, że też lubi pożartować. Trochę się baliśmy, że się nie nabierzesz bo auto cywilne. Rafałka. Żeś ty go kurwa, chuju drogi, nie rozpoznał. Oj karniaczka wypijesz i za to! To jedziem Wiciu za tobą do tego Wałcza. Chyba tam żadnej laski nie masz zabunkrowanej, co? Powiedz, stary jebako, pewnie trzymasz tam jakąś dupę?

- Chłopaki, a po cholerę mi dupa jak mam was? – Witek oszalała ze szczęścia.

- No to pierdolić motel! Pędzimy! Wałcz wzięty! Byle lodówa była u ciebie. Reszty nie trzeba. Rafał za nami. A ja z Witusiem! – ostatnie dwa zdania Maicek rzucił po wojskowemu, jak rozkaz.

Witek odpalił auto i powoli ruszył przed siebie. Zaraz za nim jechał Rafał w aucie. Co chwilę a to trąbnął, a to udawał, że zaraz będzie wyprzedzał, a to prawie wjeżdżał Witkowi na zderzak nisaana. Witek nie pozostawał dłużny. Na prostej pojechał przez chwilę zygzakiem. Zmieniał światła. Gdyby mógł to by za pomocą klaksonu odegrał hymn narodowy.

- Masz te papiery. – Rafał siedział za Witkiem i rzucił na siedzenie obok kierowcy prawo jazdy. Ale jaja! No numer zrobiliśmy. I jeszcze ten mandat. Identyczny, co? To mój Pawełek. Gówniarz zrobił je jak na Wielkanoc do staruszków wpadłem do Pyrzyc. Teraz informatykę studiuje! W Szczecinie. Programy to ma takie, że normalnie dolce mógłby wydrukować. Skanery, drukarki. Już w liceum zarabiał. Przed maturą bryki drukował, skanował. Nie ma co, mam zdolnego braciszka. Człowieku, jak on to sprawnie robi, byś widział. A paluszki to mu chodzą jakby na pianinie grał. Mówię ci chłopie, powiedziałem sobie: „Jak się spotkać z Wituszką to nie byle jak tylko na cztery fajery!” I co udało się, no nie? Znowu paczka z jednostki 1986 w Wędrzynie razem.

- A Szymon co? Pewnie w podoficery poszedł? Co?

- Ano poszedł… - Maciek jakoś dziwnie szybko spoważniał. Witek nie zauważył tego przepełniony radością ciągnął dalej:

- I pewnie już jakieś blaszki dostał?
- Dostał, dostał. I to nie byle jakie… Krzyż Walecznych…

- Fju, fju, to chyba nieźle co? I co został?

- Tak. Został.

- Gdzie teraz siedzi? Bo chyba nie w Wędrzynie, co?

- Nie, nie w Wędrzynie. W Diwaniji.

- Gdzie Maciuś, nie rozumiem?

- W Diwaniji. W Iraku.

- Ambitny nasz Szymek. Jak zwykle. No i kiedy wraca? – Witek dopytywał ciekaw losów tego czwartego z paczki.

- Nie wraca Wituś… - głoś Maćkowi od dawna grzązł w gardle. Witek dopiero teraz zauważył zmianę nastroju u przyjaciela. Przed oczami zrobiło mu się ciemno.

Rafał ledwo zdążył wyhamować. Wyskoczył z auta i pobiegł. Nissan Witka o mało co nie walnął w drzewo przy lekkim zakręcie. Szybko szarpnął za drzwiczki przy kierowcy.

- Witek, co ci?

Witek siedział oparty o oparcie fotela. Na twarzy malował się uśmiech opętanego. A może obłąkanego? Po chwili dopiero wycedził:

- To za dużo jak na jeden dzień. Ale dlaczego nikt mi, kurwa, nie powiedział?
10.   10.6.2007   13:43:48 Szczepan Zamokły - Satanowski
Kinga rozpoznała mimo zmroku, jaki panował na ulicy postać faceta Weroniki. Weronika mieszkała na przeciwko, po drugiej stronie niezbyt szerokiej uliczki, w niskiej kamienicy na drugim piętrze. Odległość między jej balkonem a oknem Weroniki była tak nie wielka, że niejednokrotnie gdy Kinga wyszła na balkon zapalić papieroska otwierało się okno u Weroniki i dziewczyny ucinały sobie szybką pogawedkę, która kończyła się potem przy kawie,czy drinku u jednej z nich. Wszak wystarczyło przebiec przez wąską uliczkę by po nieco ponad minucie kontynuować rozmowę z koleżanką.

Weronika była filigranową brunetką o nieco zawadiackiej urodzie Penelope Cruz. Pracowała jako prezenterka Kroniki - głównego serwisu informacyjnego szczecińskiego oddziału TVP Szczecin, w związku z czym często była rozpoznawana na bazarku, w supermarkecie, czy w knajpie. Co więcej nie brakowało świrów, którzy na adres telewizji przysyłali do Weroniki Mezaj listy z propozycją randki. Często jednak w takich listach były powypisywane świństwa, do czego Weronika potrafiła się przyzywyczaić i na dodatek przerabiać w żarty.

Dziewczyny poznały się przez Tomka, do niedawna szefa rekalmy w TVP Szczecin, z którym wówczas sypiała Weronika. Sypiała tylko - jak mówiła - do czasu aż znajdzie "swojego" faceta. Kiedyś Kinga musiała zaprosić Tomka na kolację, żeby wręczyć mu łapówę od kierownictwa firmy za rozszerzenie bloku reklamowego w porze największej oglądalności i przetrzymanie tej informacji tak by firma Kingi mogła spokojnie i za darmochę (bo według tzw. pierwszego cennika) wykupić reklamy w tym pasmie. Tomek zabrał na kolację Weronikę, którą przedstawił jako "swoją przyszłą narzeczoną". Kinga była niepocieszona gdyż była sama, bez partnera, a na dodatek nie wiedziała czy będzie okazja do przekazania "dowodu wdzięczności" od firmy - siedemnastu i pół tysiąca złotych w gotówce. Okazja się znalazła, a Kinga i Weronika nawiązały przyjacielskie stosunki. Dzięki Weronice Kinga wynajęła bardzo atrakcyjnie mieszkanie w pobliżu nowej znajomej. Wkrótce Weronika rzuciła na dobre Tomka, jak ten został radnym Samoobrony w sejmiku i rozstał się z Telewizją Polską SA w Szczecinie. Później Weronika miała ciężko bo w firmie: gadali o niej, że "na dupie" zajechała do Kroniki, jakby nikt nie wiedział, że Tomka poznała jak już od kilku miesięcy prowadziła program. Potem wybuchła seksafera, w którą umoczony był Tomek więc ktoś ostrożny z kierownictwa przesunął ją do porannego wydania by potem zdjąć ją, odsunąć, w ogóle. Zdesperowana redaktor Mezaj zagroziła, że przechodzi do prywatnej Astry. Taka groźba, w połączeniu z licznymi protestami widzów, którzy dopominali się przywrócenia "atrakcyjnej Weroniki" zmieniła sytuację i lokalna gwiazda tryumfalnie powróciła.

Pomógł jej trochę Robert - model od prognozy pogody, który był siostrzeńcem członka zarządu w Warszawie. Robert według każdego napotkanego człowieka o ilorazie inteligencji większym niż 90, który zamienieniłby z nim parę zdań uważany był za roślinę. Fakt, że Robert miał mózg wielkości witaminy B nie zmieniał tego, że z chęcią wsparł Weronikę w jej walce o odzyskanie pozycji w telewizji - wykorzystując sympatię szefostwa i rodzinne koneksje. Ponadto pomógł jej zapomnieć o rozstaniu z Tomkiem, gdyż oprócz urody posiadał inne walory, nie do przecenienia przez kobietę. Także Kinga miała okazję się o tym przekonać i żałowała nawet tej przeprowadzki Roberta do Warszawy, gdzie od maja prowadzi "Kawę czy herabtę". Obie dziewczyny traktowały Roberta jako swoiste pogotowie przeciwko samotności. Smutno im się zrobiło na wieść o jego odejściu i postanowiły wziąć go do "Tawerny" na pożegnalne piwko. Ponieważ jednak z Robertem nie było o czym gadać, a na dodatek rzadko kiedy udało mu się sklecić parę sensownych zdań, w tym jedno poprawne to dziewczyny wypiły więcej piwa niż planowały. Robert nie służył do rozmów, czy popijawy, co dla dziewczyn stawało się jasne z każdą kolejną chwilą spędzoną w "Tawernie". To się musiało skończyć w mieszkaniu Kingi... Robert po czasie musiał sobie pomagać "mieszanką" proszków z szuflady Kingi. Nie mniej jednak - w zgodnej opinii koleżanek - poradził sobie z wyzwaniem i spisał się na medal. Kinga czuła podwójną satysfakcję gdyż udało jej się przy okazji spełnić parę fantazji, jakie powstały w jej myślach w chwili gdy pierwszy raz zobaczyła Weronikę. Weronika nie robiła z tego problemu, przeszła nad tym do porządku dziennego, ale nic nie zapowiadało by "okazja" mogła się powtórzyć.

- O ja pierdolę !!! A co to takiego ? ... Co ten koleś wyprawia? - zaczęła w myślach pytać się Kinga widząc jak facet Weroniki otworzył bagażnik, zdjął bezceremonialnie czarną koszulę, męcząc się trochę przy kołnierzyku po czym wrzucił ją do bagaznika, z którego wyciągnął szary t-shirt i jednym ruchem wciągnął na siebie.

Znała faceta koleżanki z papierosowych obserwacji na balkonie. Ponadto raz miała okazję przypatrzeć się mu z bliska kiedy rano, wsiadając do taksówki spotkała wychodzącą z nim Weronikę. Było to oficjalne przedstawienie. Weronika nawet nie podała imienia swojego nowego partnera.

- Cześć. - poiwedziała szybko, z uśmiechem, jak zawsze całując swoją przyjaciółkę w policzek. Po czym chwyciła ją na wysokości łokcia i sugestywnym naciskiem wykręciła tak by stanęła prosto przed mężczyzną:

- To jest moja nowa zdobycz, o której tyle opowiadałam - powiedziała rozbawiona, po czym zwróciła się do swojego chłopaka: - A to jest boska Kinga.

- Boska? - mężczyzna ni to zapytał, ni to powtórzył, ni rzucił ot tak, w powietrze. - No to tym milej poznać. Dzień dobry.

- Dzień dobry - odpowiedziała Kinga zszokowana tą oficjalnością. W jej środowisku mówiło się zawsze: "Cześć, co tam słychać?" lub coś podobnego, poza tym zawsze przyjmowano formę "ty", a tu koleś jeszcze za chwilę wyskoczy per "droga pani". Wykorzystała chwilę by przyjrzeć się "zdobyczy" sąsiadki.

O ile Robert był ślicznym chłoptasiem niczym z amerykańskiego boysbandu to nowy facet Weroniki miał klasyczną urodę, która najlepiej sprawdziłaby się w roli rzymskiego legionisty. Wysoki naj jakieś prawie 190 cm. Czarne, grube włosy, trzydniowy zarost, masywna, ale w żadnym razie nie tłusta sylwetka.

Weronika często opowiadała, ze szczegółami o swoim facecie, o tym jak jest w nim zadurzona i jaka szczęśliwa. Nigdy natomiast nie wspominała o jego pracy, rodzinie, czymkolwiek takim. Kinga podejrzewała, że Weronika "upolowała" jakąś szychę i żałowała, że nie wykorzystała tej okazji przy taksówce by zdemaskować tajemnicę związku swojej przyjaciółki. Fakt, że Weronika poznała gościa ostatniego dnia pobytu w Wiśle, jak była tam zimą z koleżankami odpocząć po przejściach w pracy, a teraz po blisko pół roku utrzymywała jego tożsamość w tajemnicy nie dawał Kindze spokoju. Teraz nie mogła pojąć dlaczego koleś, który za czterdzieści sekund znajdzie się w mieszkaniu swojej laski przebiera się przy samochodzie...

Na schodach nie było światła, co nie przeszkodziło mężczyźnie w kilku susach znaleźć się na drugim piętrze. Stanął przed drzwiami Weroniki i w bardzo rytmiczny sposób zapukał trzy razy. Po chwili drzwi się otworzyły i mężczyzna wsunął się do ciemnego przedpokoju.

- Nie ma prądu - usłyszał głos Weroniki, a potem zobaczył zarys jej sylwetki w drzwiach dużego pokoju.

- Wiem - odpowiedział.

- Czekałam na ciebie.

- Wiem.

- Cieszę się, że już jesteś.

- Ja też.

- Zapalę świeczki. Weź sobie coś do picia w kuchni.

Mężczyzna za pomocą odpalonej zpalniczki znalazł kieliszki do koniaka, następnie wymacał i odkręcił butelkę stojącą na stole. Wziął napełnione nieco kielszki do ręki i ruszył do pokoju. Weronika kończyła zapalać świeczki, które stały rozstawione w różnych miejscach pokoju. Odwróciła się w stronę mężczyzny, zdmuchnęła zapalniczkę i podeszła w jego stronę dwa kroki. Miała na sobie satynową piżamę w kolorze bordo. Szorty, jakby trochę za małe, do połowy uda. Koszulka na ramiączkach, lekko rozkloszowana z wpisanym na wysokości piersi prześwitującym niby-stanikiem wykonanym z haftowanego tiulu. Mężczyzna wziął łyk alkoholu, po czym wolnym krokiem podszedł do Weroniki i odstawił swoją lampkę koniaku na półce biblioteczki. Podniósł drugą lampkę jakby chciał ją wręczyć Weronice. Nagle wstrzymał cały ruch i gdy ręka z koniakiem znalazła się niemal pod brodą kobiety przechylił lekko lampkę tak, że parę kropel spadło na Weronikę. Szybko odstawił i ten kieliszek na półkę i zniżył głowę by zlizać, ściekające pomiędzy piersi, krople alkoholu.
11.   10.6.2007   13:51:32 Szczepan Zamokły - Satanowski
Wyślizgnął się z między nóg Weroniki odwrócił na plecy i położył tuż przy niej, słuchając jak jej oddech z mocno przyspieszonego wraca do normalności. Wyszukał jej rękę i mocno ścisnął. Stygli w ten sposób przez kilkanaście nawet minut szczęśliwi rozkoszą sprzed chwili i przygotowując się, zbierając siły na jeszcze... W tym momencie zadzwoniła komórka Weroniki. Wstała, wcale się nie spiesząc podeszła do stolika, na którym leżał telefon i spojrzała na wyświetlacz:

- To mój brat. - rzuciła tą informację w powietrze.- Znaczy się jest na skajpie. Pogdam z nim troszkę. - powiedziała naciskając czerwony przycisk zgrabnego siemensa.

Nic nie odpowiedział tylko przymrużonymi oczami patrzył jak naga znika w przedpokoju.

- Przecież nie ma prądu! - krzyknął za nią. Przewrócił się na bok i przekręcił wyłącznik lampki stojącej na nocnej szafeczce przy łóżku. Lampa natychmiast wydała błysk. - A nie, już jest!

Wiedział, że rozmowa kobiety z bratem potrwa trochę. Weronika parę razy już znikała tak nawet i na godzinę by móc pogadać z bratem mieszkającym na stałe w Turynie. Opowiadała, że po tym jak straciła starszego brata, Szymona, w Iraku musi pilnować młodszego, Irka, bo tylko on jej został.

Postanowił zapalić. Z kieszeni spodni wygrzebał chesterfieldy. Niestety nie mógł znaleźć zapalniczki. Przecież zostawił w kuchni, jak nalewał koniak.

- Może będzie jakaś w szufladce. - pomyślał i siadając na skraju łóżka schylił się do nocnej szafki.

- O, zapałki, a to co? Jakiś zeszyt. Spójrzmy, co tam słonko moje trzyma... Mhmm... Mhmm... Pamiętnik!

Przysunął na sam skraj szafeczki popielniczkę. Odpalił papierosa i zaczął czytać w niezbyt mocnym świetle nocnej lampki. Na jego twarzy rysował się uśmiech gdy przewracał kartki historii napisanej przez miłość jego życia. Kłopoty w telewizji, rozstanie z Tomkiem, zabawy z Robertem. A potem kolejne wpisy dotyczące jego. Poznanie, ich pierwszy raz, kryzys jak powiedział jej prawdę o sobie, przezwyciężony przez siłę uczucia.

- Ten zeszyt powinien trafić do zbioru zastrzeżonego w IPN-ie. - pomyślał żartem. - Wszystko tu jest o mnie. Choć Weronika jest i tak wspaniałomyślna, że potrafi i chce być ze mną... - ciągnął rozważania zgasiwszy papierosa. Przewrócił kartkę i zaczął czytać najnowszy wpis, z ostatniej niedzieli:

"Nie potrafię pogodzić się z myślą, że nie jest tylko ze mną. Chciałabym żeby cały czas był przy mnie. W jego sytuacji - jak sam twierdzi - jest to niemożliwe. Musiałam znaleźć jakiś sposób. I znalazłam. Odstawiłam tabletki i nic mu o tym nie mówię. Może ciąża wstrząśnie nim i zmusi do zmiany deyzji. Może dzięki nowemu życiu nasze życie też będzie nowe: wspólne. To jest szansa, której się chwytam z miłości. Największej miłości."

Zamknął zeszyt i schował go do szuflady. Wzburzenie było tak silne, że kolejne ruchy wykonywał jak automat. Spodnie, koszulka, potem buty. Papierosy i portfel do kieszeni. Przejrzał się w lustrze w przedpokoju, poprawił włosy i nacisnął klamkę do drugiego pokoju, w którym Weronika siedziała przy komputerze.

- Co tam kochanie? - rzuciła na jego widok, zdejmując słuchawki z głowy. Cały czas siedziała nago, tak jak wstała z łóżka.

Mężczyzna wyciągnął rękę, zamachnął się i bardzo silnym ruchem strącił na podłogę ciekłokrystaliczny monitor, który trzasnął lądując na ziemi. Nie powiedział ani słowa. Odwrócił się i wyszedł. Wrócił do dużego pokoju, chwycił jej komórkę i ruszył do głównych drzwi. W progu rzucił komórką o ziemię, a następnie rozdeptał ją zdecydowanym ruchem. Upewnił się czy ma kluczyki. Nie oglądając się wybiegł na schody, zbiegł na ulicę i wsiadł do samochodu.



Jechał już drugą godzinę. Decyzję o wyjeździe ze Szczecina podjął natychmiast. Za chwilę będzie u siebie. Walnie porządnego drina i pójdzie spać. Przez cały czas myślał o dzisiejszym wieczorze:

- Podstępna suka. Miłość życia, kurwa mać. Co to ma być? Nieźle by mnie urządziła. Boże, mam nadzieję że nie... Z kiedy to był wpis? Z niedzieli. Wcześniej byłem dwa tygodnie temu. To chyba jeszcze wtedy brała. Czyli tylko te dwa razy dzisiaj. Muszę sprawdzić gdzieś, popytać, jak to działa. Bladego pojęcia nie mam. Co za babsko. Wszystko do dupy. Kurwa! Trzeba było spierdalać jak pokazała mi to zdjęcie, z imprezy, z koleżenaczkami tej Kingi. Dobrze, że nie poszedłem. By mnie ta mała Rębiechówna w pół sekundy wsypała. Musiałem jej wtedy powiedzieć żeby miec pewność, że się nie natknę na tą Różyczkę. Koniec. Nigdy więcej! Good bye! Taki głupi byłem. Prezenciki. Komputer, komórka. Skończyło się. Taka wredna. - myśli plątały się, mimo upływu czasu, nie mógł przyjść do siebie. Był bardzo dobrym kierowcą i cały czas bacznie obserwował drogę.

- Ale co to? Dwa auta. Coś nie tak. Kraksa? Nie, nie ruszone. Może zasłabł. Może będę potrzebny. W końcu taka robota. - pomyślał i na poboczu zatrzymał samochód. Wysiadł i skierował się w stronę samochodów.

- O, policja. Ok. Nic, spokojnie, popytamy co tam słychać. A czy to nie jest nissan Witka? No to wpadeczka... Czyżbyśmy popili? Chyba nie Wituś... - podszedł bliżej.

- Co tam Wituś, narozrabiałeś coś? Co się stało? - rzucił szybkie pytanie na przywitanie, poczym, wyciągnął wymownie portfel i zwrócił się z uśmiechem do facetów w mundurach: - Panowie, proszę o łagodny wymiar kary, to porządny człowiek.

Goście spojrzeli po sobie i roześmiali się. Jak tak dalej pójdzie to będą mogli naprawdę zgarniać kasę na całej tej szopce. Przypomnieli sobie cel tej maskarady i smutek, jaki powstał przed sekundą uleciał natychmiast.

Mężczyzna zgłupiał patrząc na rozbawionych policjantów, poklepujących się nawzajem. Nawet Witek, nie od razu, ale po chwili uśmiechnął się i spojrzał na mężczynę:

- Wsiadaj Kacperku, długo by gadać, ale ci opowiem. - pokazała wolne miesjce po swojej prawej stronie. - Ale co tak po cywilu? Celibat zaczął cisnąć? Czyżby nasz wikary chciał porzucić swoje owieczki na zadupiu?

12.   10.6.2007   22:54:46 Święty
Ano ciekawe co się święci, pomyślał Pan Henio. Może pora na mały obchód ? Coś mi mówi że stanie się coś niezwykłego. No no no zobaczmy. Kurde te zęby. Nigdy mnie nie zawiodły. Coś się szykuje. Ano przejdźmy się po piętrach i zobaczmy.

I Pan Henio wstał i wyruszył na mały obchód. Szedł powoli, nasłuchiwał, rozglądał się. Wszystko to robił tak niepozornie i beztrosko, że ktoś kto go nie zna mógłby wziąć go za niegroźnego pierdołę. Portier jednak wiedział co robi. Nie chciał wzbudzać niczyich podejrzeń.

Przeszedł się po pierwszym piętrze, potem po drugim. Wymienił przelotny uśmiech z Panią Krysią.
Jeszcze tylko trzecie piętro i do piwnicy. Na trzecim piętrze nie było nic niepokojącego. Właśnie kierował się do piwnicy, gdy nagle zęby zaswędziały go jeszcze mocniej. Oho ! Trzeba było od razu tutaj. Zbiegał po wąskich schodkach i w tej właśnie chwili zgasło światło.

O żesz kurwa mać !!! Ale się spierdoliłem. Ładny moment wybrałem na te schody. O ja jebię. Chuj !!! Całe szczęście, że żyję. O ja pierdole. Mogło być o wiele gorzej. No w każdym razie niezłe jaja dziwna historia.

Chwilę później, gdy Pan Henio szacował straty, zapaliło się oświetlenie awaryjne i włączył się alarm. On sam spojrzał na siebie, stwierdził że nie jest tak źle, wstał i pognał w kierunku większego swędzenia zębów. Teraz już zdał sobie sprawę że biegnie w kierunku sekcji generatora. Szarpnął za klamkę ale nic. Wziął więc rozpęd i wyważył drzwi barkiem. Nagle zobaczył coś strasznego. Na szczęście zdążył skoczyć i chwycił się rury biegnącej nad drzwiami.

Po całej całej podłodze pomieszczenia z generatorem, biegały niezłej wielkości szczury. Były przerażone i w momencie wyważenia drzwi, rzuciły się do ucieczki.

No ładnie. Najpierw te schody i teraz jeszcze te bydlaki by mnie pogryzły. Ale ten Mirek to olewus, już więcej mu żadnej roboty nie nagram. Trzy miech temu deratyzował zakład i co ? I ,że tak powiem: chuj !

Pan Henio poczekał aż większość szczurów ucieknie, po czym zeskoczył z powrotem na podłogę. Po drodze zdeptał jeszcze ze dwa.

A macie chujki, co wy sobie myślicie, że możecie tak sobie prąd wyłączać. No ładnie żeście tu narobiły.

Oprócz niego nikogo tu jeszcze nie było. Teraz pewnie walczyli z chałastrą szczurów biegających po budynku. Pan Henio po krótkich oględzinach, stwierdził że te paskudne stworzenia, bezczelnie przegryzły kable od generatora. Jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Prawdą jest, że kiedyś jego chomik, usmażył się przegryzając kabel od lampek choinkowych. To jednak nie to samo. Trochę inna skala i inne napięcia.

Chwilę później, w pomieszczeniu generatora roiło się od techników. Krzątali się, łapali za głowy i nie dowierzali temu co widzieli i temu co usłyszeli od naszego dzielnego portiera. Po jakimś czasie udało im się wstępnie naprawić uszkodzenie. Część szczurów uciekła z budynku, część wybili pracownicy. Nawet sekretarka, Pani Krysia zabiła jednego, wsadzając go do niszczarki na dokumenty.

Wszystko się uspokoiło, jeszcze gdzie nie gdzie, od czasu do czasu przemykał jakiś gryzoń. Pan Henio siedział znów na swoim stanowisku i podsumowywał wszystko co się stało. Z tego podsumowywania wyszło mu że musi sobie walnąć...
13.   11.6.2007   1:56:1 weronika
Kaśka właśnie wróciła z Helką z placu. Kupiła takie cudne różowe kozaczki z cyrkoniami- rewelka. Akurat na jutrzejszą dyske. Helka też se takie kupiła, ale białe. Będą jej pasować do tej torebki, co jej olek od złodziei w zeszłym roku kupił. Kaśka długo myślała jak się ubierze na bibę. Musi wyglądać zajebiście, bo cała wieś przyjdzie to obciachu nie może być. Poza tym nie miała kasy, więc liczyła, że jakiś nadziany kretyn postawi jej ze dwa browary. No i Zenek ma przyjść. Kaśka wiedziała,że na nią leciał. Wiadomo, że Zenek kase ma, bo motor ma kupować. Tak w spożywczym mówili, u Jolki. A jak tam mówią to na pewno prawda jest. Z Zenkiem to by się ustawiła. Robotny, pole ma ,nawet z ryja nienajgorszy.. ujdzie. O rzesz w kurwę!! No ja pierdole, jakie Helka te tipsy chujowe robi! Długo szukała zanim w swej podróbce torebki LV znalazła wypasioną nokie obklejoną starannie różowymi brylancikami. „Hela!! No coś ty mi na paznokcie przykleiła?! No urwał się!! Ja cię proszę nie rób mi tego przed bibą! Zaraz u ciebie będę!” Wsiadła do malucha i pojechała do Helki, która mieszkała ulicę dalej. Ustawiła się.. Była kosmetyczką u fryzjerki za rogiem. Robiła tipsy i kolczyki. Helka była najlepszą przyjaciółką Kaśki. Często się spotykały. Tam gdzie pracowała Hela plotkowano więcej niż w spożywczym u jolki, więc zawsze były tematy do rozmów. Gdy Kaśka zadzwoniła dzisiaj, Helka wspominała coś o Zenku, Witku i Jolce i o tym, że coś nie tak dzieje się z Różą … Musi się o wszystkim dowiedzieć a przy okazji niech jej ta helka tpsa sklei, bo przecież bez paznokcia na dyske nie pójdzie. No i może jej Hela tą błękitną koszulkę pożyczy…Do białej mini różowych kozaczków będzie w sam raz…

14.   11.6.2007   21:13:46 Szczepan Zamokły - Satanowski
Stara Matylda Rębiechowa w piątkowe przedpołudnie zajmowała się gospodarstwem. Rębiech wcześniej wybierał się do pracy, Jolka od rana tkwiła w sklepie. Ona zaś miała dom i obejście na głowie. Najpierw posprzątała w kuchni, potem rozłożyła gazetę na podłodze, przy fotelu, w pokoju w którym stał telewizor. Oglądając swoje ulubione seriale obierała kartofle, skrobała warzywa i - jak to w piątek - sprawiała ryby. Gdy dobiegał końca odcinek brazylijskiej telenoweli "Niesamowita historia" z kuchni dobiegł niesamowity trzask, czy coś podobnego, jakby urwała się szafka z naczyniami. Rębiechowa rzuciła się pędęm przez przedpokój i wpadła do kuchni. Na podłodze, tuż przy stole obok wywróconego krzesła leżała nieprzytomna Róża.
15.   11.6.2007   23:30:33 Święty
O cię pierunie. Jezus Maryja Chryste Panie. Dziecko ! Moje dziecko !!! Wrzasnęła Rębiechowa. Co ci jest kochanie ?!!!

Spoliczkowała różę kilka razy, ale nic. Nic to nie dało.

O Matko Przenajświętsza, co ja biedna mam tera zrobić ? O Chryste żeby się tylko Witek nie dowiedział, gotów nas sikierą pochlastać. Dobra zbierzmy myśli. O Jezu. Wzywać pogotowie czy nie ? Cholera. Gdyby chocia stary był w domu. A może Zenek coś pomoże, to w końcu dobry chłopak jest.

Padła na kolana i płacząc modliła się: Święta Mario matko Boża ...

Na kozaczkach Heli widniał seksowny numer 56 a na, kozaczkach Kaśki jeszcze seksowniejszy 66.
Ale fajnie, będziemy jak siostry zapiszczała Kaśka. No no, odpowiedziała jej koleżanka.
A jak mam golić cipeczkę ? W paseczek, czy “na dwunastolatkę” ? No myślę że paseczek, łysinki już są trochę nie modne. Albo nie ! Wiesz co wygolimy ci serduszko. Zenek oszaleje z zachwytu. Tak tak to świetny pomysł iiiiii... I tak na przemian, piszczały z za zachwytu, okrągłą minutę.

W tym czasie Zenek, jechał w kiblu na ręcznym. Myślał o Kaśce. O jej fajnym tyłku, niezłych buforach i o jutrzejszej nocy w Agawie . Już w oczach mu pociemniało, już dochodził już już już.... Aż tu nagle zadzwoniła komóra (dzwonek: “Ale numer” Boysów).

Kurwa mać, zaklął w myślach, a już prawie był koniec. No nic, trudno. Za to jutro na dysce sobie odbiję. Halo ? Rębiechowa ? ...