Chciałem was zaprosić do udziału w zabawnym projekcie. Chodzi o wspólne napisanie opowiadania (kto wie może wyjdzie powieść). Ja zaczynam. Napisałem krótki fragment, proszę was o kontynuację. Każdy z nas będzie coś dodawał i w końcu wyjdzie. Nie wiadomo w którą stronę pójdzie oraz jak i czy w ogóle się skończy. Sugeruję abyście zamieszczali w miarę obszerne i w miarę zamknięte fragmenty tekstu, coś w rodzaju kolejnych rozdziałów czy podrozdziałów. Chodzi o to żeby nie dodawać po jednym zdaniu. Pamiętajcie, że to tylko sugestia i jeśli wam nie pasi, to ją olejcie. W każdym razie posty nie będące treścią opowiadania będę usuwał lub przenosił. Dobra nie będę już gadał bzdur, już zaczynamy, już nie czekamy, start, start, start !!!
Święty  
Tego dnia Jolka poczuła, że nadszedł czas. Ten czas, nie jakiś tam, tylko dokładnie właściwie ten-taki-a-nie-inny. Robotę kończyła wcześniej, słońce zachęcało do rumienienia sutków a kamienie do niej śpiewały...
Paweł niewiele pamiętał z tego, co się później działo. Wiedział że przyjechała policja. Dwie duże suki i jeden radiowóz. Jak do jakiegoś bandyty. Rzucili go na podłogę, chociaż się nie stawiał. Pamiętał też, że na komisariacie zadawali mu po pięć razy te same pytania. Albo debile, albo sadyści, myślał. Opowiedział krok po kroku, jak do tego doszło. Żaden z funkcjonariuszy nie mógł jednak wydobyć z niego motywów jego postępowania.
Dom Zenka był urządzony jak 90 proc. polskich domów. Zwłaszcza duży pokój. Tzw. regał pod caluśką ścianą a na wysuniętej jakieś 35 cm półce znajdującej się na 1/3 wysokości stał telewizor Thompsona. Obok wieża Daewoo i średniej klasy kolumny w kątach. Na tej ustawionej przy oknie znajdowała się niezbyt okazała paprotka, a na tej po stronie drzwi do pokoju leżała plastikowa serwetka, na niej stało takie naczynko, które jak poruszyć robiło się pełne bąbelków. Vis a vis telewizora stała bordowa kanapa, po bokach tak samo obite fotele. Na kanapie leżał ni to koc ni to narzuta w kolorze wypłowiałej cegły i kilka poduszek – każda inna. Naprzeciwko kanapy stała typowa polska ława, za wysoka by się o nią potknąć, ale za niska by zjeść posiłek w warunkach typowych dla innych części kontynentu. Wszelkie nasiadówki u Zenka odbywały się przy tej ławie, którą można było nieznacznie rozłożyć i podnieść do góry za pomocą specjalnego pokrętła podobnego do tych, którymi otwiera się okna w piętrowych pociągach osobowych. Lądowały wtedy nań korniszonki, paluszki, krakersy, oranżada albo pepsi. No i wóda. Od kiedy Kaśka „była” już oficjalnie z Zenkiem czuła się przeważnie zobowiązana do przygotowania sałatki warzywnej i ugotowania parówek albo rybnych paluszków. Tak samo było wczoraj, w piątek, gdy ze względu na remont dyskoteki Zenek zorganizował popijawę u siebie. Było parę osób, wszyscy zasiedzieli się dość długo, najdłużej Witek. Był też ks. Kacper, który pobył może z czterdzieści pięć minut i zaraz wyszedł, walnął tylko pół piwka, sprawnie rozlanego przez Witka gdy znaleźli się na chwilę sam na sam w kuchni.
Kaśka uwinęła się w niecałą godzinkę z posprzątaniem po imprezie. Cały czas analizowała zachowanie swojego faceta. Czuła się winna. Przeczytała kiedyś w takiej książeczce z poradami, które pożyczyła jej postępowa katechetka w zawodówce, że „w tych sprawach” przyczyna leży przeważnie po stronie dziewczyny, że kobieta powinna być uległa i robić wszystko by móc zaspokoić swojego mężczyznę. A ona rzeczywiście niezbyt się wczoraj czuła i nie miała ochoty. Co prawda nie powiedziała tego, ale Zenek na pewno to wyczuł i to dlatego… Fakt, już od dłuższego czasu nie miała orgazmu albo bardzo niewielki i stąd to jej zniechęcenie do seksu. Problem na pewno jest po jej stronie. Była przerażona i postanowiła dać Zenkowi tyle czułości ile tylko zdoła. Zrobiła kawę, zaniosła do pokoju, postawiła bez słowa na ławie i usiadła obok. Przytuliwszy się do niego, zaczęła gładzić go po policzku i pod podkoszulką:
Zenek trwał w osłupieniu parę dobrych sekund. Poczuł jednak, że ręka Kaśki zabawia się nim teraz w najlepsze, z dużą szansą na happy end. Złapał ją za rękę. I spojrzał w oczy:
I poszł zenek, i dał te proszki Kacperowi na totalnej nieświadomce. I wyszdł Kacper. Czuł się jak pan i władca. Miał rząd dusz i na nic mu się to praydało. wstąpił na mównicę i poczuł, że teraz ten motłoch należy do niego. I nagle przemienił się w tralfamodorskiego pingwina. I chłonął rzeczywistość tak jak ten pingwin. Nagle!!! przypomniał sobie, że nie ma tralfarmadorskich pingwinów. I znalazł się spowrotem w środku kazania...
