29-10-2006 Szczepan Zamokły Satanowski
 

Trzy porcje grzybów w jednym barszczu

czyli opowieść, w której autor kilkakrotnie przyznaje się do rzeczy, które zrobił i odkrywa się przed światem

Od "stołu kreślarskiego" pod oknem udałem się wprost do łazienki i - jak Don Juan, który zaliczył kolejną panienkę - mrugnąłem do swojego odbicia w lustrze, myślami błądząc po starym domku w Kowalowej i pewnej imprezie, która odbywała się w nim i jego okolicy przed trzy i pół laty. "Teraz już wiem." - pomyślałem spokojnie. Spokój byłby całkowity gdybym nie przypomniał sobie komiksu z serii o "Thorgalu" pod tytułem "Alinoe", o którym rozmawiałem niedawno z kumplami na Śląsku. Ów schizofreniczny odcinek mojego ulubionego komiksu poniekąd pasował do całej sytuacji, ale co z tego?

"Świat cały w dupie mając" - tak, wzbogaceni o świadomość skutecznego wdrażania w życie swojej życiowej filozofii, przepełnieni szczęściem, osiągalnym tylko dla najszlachetniejszych przedstawicieli tego nurtu, powinniśmy komentować, co najmniej kilka razy dziennie otaczającą nas rzeczywistość. "Wszystko chuj!" - z takim podniosłym uczuciem wstajemy rano, w południe, bądź wieczorem, świadomi (albo też i nie), że nie ulegamy konwenansom, związanymi z kładzeniem się do snu na noc. Higiena? Cóż tylko w zakresie koniecznej fizjologii. "Nie tylko gówno gówno" - stwierdzamy przecierając oczy w drodze do kibla, świadomi swej łaskawej akceptacji dla trawienno - wydalniczej strony funkcjonowania naszego organizmu. Wszak w każdej chwili, jak tylko zechcemy, możemy powiedzieć "weto" naszemu odbytowi i zesrać się w gacie! Czyż nie? A niby dokąd ma nas zaprowadzić humanistyczna, podniosła świadomość niezależności jednostki, jeśli nie do zasranych majtów, spodni nawet, zważywszy na wzrastającą ilość stringów na pośladkach, nie tylko żeńskiej części gatunku wybranego. Zaraz potem, albo i po dłuższej chwili, powołani do komplementowania samoograniczania się zakłamanego libertynizmu zjemy coś albo i nie, może tylko wypijemy. Chociaż kto nam każe pić? Powiedzmy inaczej: "Jak zechcemy to się napijemy!"

Błąd ewolucji (dla frajerów - Stwórcy) powoduje, ze czasami nasze swobodne przeżywanie życia ogranicza jednak zła konieczność. O ile możemy zdecydować czy wysrać się, jak większość niewolników otaczającej nas cywilizacji w kiblu, czy też załatwić to spacerując po przedpokoju, albo odbierając córeczkę z przedszkola, na oczach jej wychowawczyni, to samego procesu na dłuższą metę zatrzymać nie umiemy. Mowa nasza staje się bełkotliwa, członki na przemian ciepłe i zimne, czoło zrasza się potem, wzrok rozbiegany zdaje się poszukiwać ratunku - tak urządziła nas natura, że wysrać się musimy, tak samo jak posilać raz na jakiś czas - no chyba, że chcemy zdechnąć z głodu. A co? Nie wolno?

"Wszystko chuj", "Jebać to", "Dupa" - nie tylko te zwroty wykrzykujmy, czy też powtarzajmy w myślach (wszystko jedno) wsiadając do autobusu, kupując kapustę kiszoną, kończąc stosunek, zaczynając ćpanie, lepiąc pierogi, oglądając transmisje z Watykanu. W każdej jednej dziedzinie życia pamiętajmy, że robimy to jako wolne stworzenia, które błogosławieństwem swego rodzaju uczyniły wolność, prawo wyboru, swobodę decydowania o swoim losie.

Takie generalnie przesłanie można przypisać rozmowie, jaką nie tak dawno przyszło mi wieść z pewnym radykalnym zwolennikiem "mania wszystkiego w dupie" . Człowiek ów, rozmarzony filozof - amator (znając umiłowanie moje do wszelkich idei wolnościowych, nawet tych "braci odłączonych" jakimi zdają się być dla mnie radykalni anarchiści, libertarianie i bezdomni mieszkańcy Bydgoszczy) wyraźnie liczył na huraoptymizm z mojej strony, ideologiczne padnięcie sobie w ramiona i klepnięcie "misia - liberała". Dotarło to do mnie gdy już zbierałem w myślach argumenty i cytaty do wywodu na temat tego, że "wolność nie jest człowiekowi dana, tylko zadana", że "wolność jest zrośnięta z odpowiedzialnością jak siostry syjamskie", a także to "o pozornej wolności, która nas zniewala" no i to najsłynniejsze z Sartre'a: "Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych". W ostatniej chwili dotarło do mnie, że przecież nie temu przeczy mój rozmówca. Nie opiera się temu, że jest odpowiedzialny. Nie mówi o sraniu pod siebie tylko o takiej możliwości, podaje radykalne przykłady, takie jakie sam najbardziej lubię. Wtedy - jak tak właśnie pomyślałem - poczułem dziwny dreszcz, bez takiego uczucia przeżyłem dwadzieścia siedem lat mojego życia. Takie dygnięcie, jakby ktoś wstawił mi w myśli już wyzerowany robot kuchenny, który jeszcze przez kilka sekund "wirując zamiera".

"Nie jest błędem mówienie o totalnej wolności, błędem - z mojej strony - jest totalne odrzucenie takiego myślenia, które ogranicza, więc poddaje się kontestowaniu ze strony próbującego mi coś uzmysłowić rozmówcy" - analizowałem szybko, w świadomości zdezorganizowanych szyków, a przecież wymogi dezynwoltury, no i próżności nakazywały czy to przytaknąć, czy zaprzeczyć, czy rzucić jakiś pytajnik, który, najgrzeczniej, pozwoliłby rozwinąć się koledze, a mi zebrać myśli.

"Jest jednak ograniczenie wolności: samoograniczenie, przyzwoitość, moralność, miłość, odpowiedzialność, wdzięczność, konieczność, i inne. Skoro więc jest ograniczenie, to jest to zjawisko, zbiór opisany, zamknięty. Skoro opisany to za pomocą czego? Skoro zbiór zamknięty, to jakich wartości, to za pomocą czego zmierzony, i w czym się wyrażający?" To ostatnio, chyba pod wpływem innego gościa, matma wpycha się mi do wszystkiego. Takie pytanie postawiłem memu "nowemu koledze".

"Wolność mierzymy wolnością drugiej osoby" - usłyszałem i taka odpowiedź wydała mi się banalna, wszak to dokładnie to co ja chciałem powiedzieć przytaczając Sartre'a. "Jednak w sposób odwrotny niż chcą tego filozofowie. Na tyle widzimy wolność absolutną i nienaruszalną, na ile nie zagraża nam samym. Nie tylko naszej wolności. Naszemu poczuciu bezpieczeństwa, naszej estetyce, naszej sympatii bądź niechęci." Zaskoczenie, ale tylko przez setną część sekundy. Wiedziałem, już teraz doskonale o czym ten człowiek mówi. Exactly!

Opowiem Wam o największym szoku w moim życiu. Kiedyś (miałem ok. 18 lat) w bardzo mądrym podręczniku do psychologii przeczytałem, że skłonnością większości ludzi jest obarczanie swoją winą innych. Koleś, dajmy na to, wynosi pieniądze z państwowej kasy, oszukując w rozliczeniach, czy czymś podobnym. Okrada. Okrada nas. Mając, skrywane w głębi, wyrzuty sumienia tłumaczy się sam przed sobą, ze to dlatego, że państwo go okrada płacąc za małą pensją, pobierając za duże podatki, a w ogóle to co to za państwo, jak w zeszłym tygodniu do Kowalskiego spod szóstki pogotowie godzinę jechało, a człowiek umierał. A to podobno dlatego, że się karetka rozkraczyła bo stara, dwunastoletnia. Na pogotowie nie mają skurwysyny a na limuzyny na te ich tłuste dupska to się zawsze znajdzie. Tak samo jest jak rozstajemy się z dziewczyną, kłócimy z matką, dostajemy jedynkę na sprawdzianie. Zawsze staramy się przerzucać winę na drugą stronę, albo przynajmniej zminimalizować naszą. Pokazać sobie i innym, że jeśli już dopuściliśmy się hańbiącego nas czynu to dlatego, że taka była sytuacja, która nas do tego zmusiła... Moim zdaniem to plami nasz honor po raz wtóry, ale podobno tak działamy. Jak tylko się o tym dowiedziałem przeprowadziłem eksperyment, wstyd powiedzieć, na jednym z braci. Doświadczenie potwierdziło tą tezę. A ja, chłopcem będąc, obwiniałem siebie nawet za chorobę naszego kota, za ból głowy babci. I nie wiąże się to z żadnymi przeżyciami z dzieciństwa, nie było ich. Taki już jestem. Babcia mówiła, że mam dobre serce :). No i że wyrośnie ze mnie albo dobry człowiek albo wielki skurwiel... Myliła się! Nie wyrosła ze mnie ani szuja, ani tym bardziej święty Franciszek! Tą opowieścią uraczyłem mojego rozmówcę, ale on wyglądał tak jakby znał ją doskonale. Wtedy poczułem to coś po raz drugi. Ukłucie w mózgu. Jak cholera. Ukłucie, jakby ktoś moje myśli nadziewał na szaszłyk.

Potem była inna opowieść, którą chciałem potwierdzić wniosek mojego "współbiesiadnika", że jak się zbliżamy do czyjegoś ogródka to już wtedy nie jesteśmy tacy wielcy "wolnościowcy". Nie mówimy już wtedy: "Niech robi co chce!".

Kiedyś koleżanki w pracy, w odniesieniu do pewnej niewyjaśnialnej dla mnie reakcji innych osób, próbowały mnie przekonać, że jak kogoś lubimy to jego złe poczynania obracamy w żart, marginalizujemy, udajemy, że ich niedostrzegany! Jakże to tak? Nie mogłem się pogodzić, że zło nie jest złem nazwane. Zawsze w takich sytuacjach czuję się bezradny. Czy tak jest w istocie? W szelmowski sposób wykorzystałem moich znajomych, którzy, jak mi się zdaje, jakoś mnie tam lubią. Może to dobra okazja by ich - jeśli to przeczytają - za to przeprosić. Wiedziałem, że nie mogę ukraść pomarańczy w sklepie, że intryga musiała być zawiązana bardziej subtelnie. Postanowiłem zgrywać obłudnika. O znanych, lubianych przez nas postaciach, mówiłem per skurwiele, chuje, dziady, szmaty. Nic! Potem uśmiechy, "ach jakie to dowcipne". W to mi graj. Apogeum udawanej obłudy osiągnąłem wkrótce, zapowiadając krótką rozmowę z napotkanymi kobitkami, o których wyraziłem się per "kurwy" i "szmaty" (Panie, rzecz jasna, również przepraszam). Gdy doszło do rozmowy zwracałem się do Pań wzorem Lloyda George'a z Wersalu. Efekt? Uśmiech, "Ty to jesteś obłudnik!" Oj ty, oj ty", uśmiech, idziemy dalej. Kolejna rzecz udowodniona. Jak kogoś lubimy to pomniejszamy jego złe zachowanie, grzechy, grzeszki. Nie wiedziałem tylko, że ktoś mnie lubi aż tak...

Ziarno wątpliwości jednak zostało zasiane. Po jakimś czasie spotkałem moich przyjaciół (chyba mogę tak powiedzieć?) ponownie. Byli tam i inni znajomi, po kilku dniach wyjechali. Ledwo co pożegnaliśmy ich "misiem" i machaniem na peronie, a ja zacząłem niezbyt ładnie się wypowiadać na ich temat. Czar prysł. "Zaraz, zaraz, to może Ty i o mnie tak mówisz, albo - co gorsza - o mojej dziewczynie!?!?" Problem zaczął dotyczyć bezpośrednio i od razu zmiana: Nie możesz być taki. Takie zachowanie jest złe! Wyhamuj! To, w sposób niezamierzony, potwierdziło, dopiero teraz wypowiedzianą, opinię mojego rozmówcy na temat ograniczania wolności innych. O czym, z wyraźnym zaangażowaniem próbowałem opowiedzieć. Tak mi się przynajmniej wydaje. Co dziwne koleś niemalże dokończył za mnie opowieść. Poczułem to coś po raz trzeci. Jak, w "Truman Show": przyśpieszone wschody i zachody słońca, raz za razem. Tyle, ze w mojej głowie. Jeszcze jakieś rozmowy i mój rozmówca zasnął w fotelu. A ja się położyłem.

Obudziłem się, z typowym w takich wypadkach, poczuciem dołującej rzeczywistości. Podniosłem się, co dziwne z fotela.... "Jak to?" - pomyślałem. Spojrzałem na stojący obok fotela stolik, na którym stał li tylko jeden kubek po herbacie! Niedopite piwo żywieckie i popielniczka, w której były pety wyłącznie po papierosach - kutasikach, które popalam. Pełen podejrzeń podszedłem do "stołu kreślarskiego" pod oknem. Zajrzałem do czerwonej puszki po herbacie Assam, tzw. "zasobnika". Był pusty. "Wszystko w porządku - pomyślałem - jednak tu był, skoro nic nie zostało. Jeden człowiek by tego nie przeżył. Nikt by nie przeżył takiej ilości..." ?? ?? ?? ??

Szczepan Zamokły Satanowski  

1.   29.10.2006   10:22:41 Frans
Dzień dobry! :-)
2.   29.10.2006   20:52:50 Święty
Ty obłudniku
3.   31.10.2006   8:20:18 matkólofsky
Bravo SZczepan! Bijesz tutaj wszystkich na głowę konstruckją i sposobem narracji
4.   31.10.2006   9:38:48 Szczepan Zamokły Satanowski
Czy ja wiem... Po prostu otworzylem e-skrzynke i artykuł już był, z podpisem SZATAN :)
5.   31.10.2006   16:48:32 Święty
Dobra dobra. matkólofsky ma rację jesteś o klasę wyżej. I co za tempo pisania. Tera już się nie wywiniesz musisz pisać następny art.
6.   26.12.2006   16:26:52 Frans
Barszcz na prawdziwym zakwasie, nie jakaś podróba z proszku.