19-09-2006 Szczepan Zamokły - Satanowski
 

Zmierzch liberalnej Europy.

Co się stanie jak się stanie, czyli co by było gdyby a rebours

Wesoła trzódka jaką jest społeczeństwo konsumpcyjne z pewnością dąży ku swojej zagładzie. Jak zgraja opętanych niewytłumaczalnym instynktem pędzących ku oceanowi lemingów rzuca się w przepaść by tak zakończyć swoją durną wędrówkę.

Lemingi stanowią zoologiczną zagadkę. Niektóre kolonie tych zwierząt doznają w pewnym momencie tak silnego amoku, że z błyskawiczną prędkością popierdalają w kierunku morza lub oceanu by rzucić się w odmęty wielkiej wody. Naukowcy do tej pory spierają się jaka jest przyczyna tego zaskakującego zachowania się tych pojebanych gryzonii. Najpopoluarniejszą teorią jest pogląd, że z jakichś nieznanych pobudek (na przykład wypłoszenie, zmiana warunków otoczenia na niesprzyjające) ruszają w szaleńczą wędrówkę by znaleźć miejsce na nowe, lepsze życie. Z powodu jakichś silnych emocji, bądź z nieskończenie wielkiego wybrzydzania pędzą tak długo, aż natrafią na ocean. Będąc w tak silnym podnieceniu są przekonane, że dadzą radę przepłynąć także i wielki zbiornik wodny, tak jak dały radę przepłynąć napotkane wcześniej rzeczki i rzeki. Przeciwnicy takiego rozwiązania podają jeden, acz - przynajmniej ich zdaniem - miażdżący argument obalający przytoczoną tezę. Ponad wszelką wątpliwość zwierzęta te, wiedzione jakimś szaleńczym instynktem, przebywają zawsze najkrótszą drogę dzielącą ich od morskich otchłani. Ostania kąpiel, w ich opinii, nie jest w takim razie przypadkową przeszkodą, która okazuje się ponad siły lemingów tylko mrocznym celem, do którego dążą te autodestruktywne stworzonka.

Ten, trudny do zbadania, jeśli idzie o praprzyczynę zachowań, sposób postępowania charakteryzuje społeczeństwa postkapitalistyczne, które rzekomo w procesie globalizacji odgrywają rolę motora zachodzących na cały świecie procesów. Ogłupiałość i konsekwentna autoeksterminacja to łatwe do zauważenia cechy "naszej" cywilizacji, która bynajmniej nie jest w tym zakresie innowacyjna: szlak już przetarło kilka imperiów, czy też kręgów kulturowych. Zniszczenie, które wieszcze niczym źle wkręcony przez bliźnich wizjoner lub psychopatyczny futurolog, nie będzie przypominało rewolucji francuskiej, czy zburzenia muru berlińskiego, to raczej upadek Rzymu czy imperium Majów. Spokojnie jednak mój drogi czytelniku, jeśli doczytałeś te bzdury aż do tego miejsca nie wpadaj w panikę, nie rzucaj się w te pędy by zakupić przydomowy schron antyatomowy lub zapisać się do zacnego skądinąd ruchu Światło - Życie. Do prognozowanego tu "big endu" upłynie jeszcze trochę wody w Wiśle, Odrze, a nawet Nysie Łużyckiej. To kwestia pokoleń. Spędź kilka chwil przed kompem i dowiedz się dokąd wiedzie nas globalizacja, albo skorzystaj z dobrodziejstw drukarki HP lub innego potentata w tej branży i zabierz ten tekst do przeczytania w momencie gdy czynniki fizjologiczne przypomną Ci o odwieczności zasad egalitaryzmu. Będziesz miał wówczas możliwość bardzo brutalnego zrecenzowania tych słów nim staną się one współczesną "Czerwoną Książeczką Mao".

Czynnikami, które od samego początku determinują rozwój ludzkości są: po pierwsze: jednostka, po drugie: skupisko jednostek czyli ogólnie rzecz ujmując społeczność oraz po trzecie: sprzężone relacje tych dwóch pierwszych. Prezentacje poglądów, które te czynniki ustawiają w odpowiedniej kolejności zostawmy na boku. Zważywszy na to, że poruszam tu kondycję pewnej teorii społecznej skupię się na tym drugim elemencie.

Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku nastąpił koniec kapitalizmu, w którego miejsce wchodzić poczęło nowe zjawisko społeczno - ekonomiczne: globalizacja, które wychodzi również na inne obszary, głównie kultury. Oczywiście jest to, jak zwykle w takich przypadkach, proces długofalowy, który koniec końców wiedzie nas przeważnie do instalacji nowego porządku. Tym razem koniec końców wiedzie nas ten proces do końca... Do końca naszej cywilizacji.

Klasyczny kapitalizm, który właściwie nigdy nigdzie w czystej postaci nie występował, a którym umownie możemy nazwać ustrój gospodarczy panujący w większości wolnych państw w okresie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a zawłaszcza w Stanach Zjednoczonych, mimo neokonserwatywnego rodowodu, najbliższy jest prawowitych założeń teorii liberalizmu. Wolny rynek, świętość oraz nienaruszalność prawa własności, swoboda działalności gospodarczej, wsparcie tendencji konsumpcyjnych społeczeństwa, minimalizacja roli państwa na polu ekonomicznym z jakimś jego udziałem na polu społecznym, usuwającym zagrożenia, które dały o sobie znać za czasów kapitalizmu dziewiętnastowiecznego. Wszystkie te elementy uległy dość silnej modyfikacji w wyniku procesów globalizacyjnych. W mojej opinii modyfikacje te można śmiało nazwać wypaczeniami.

Dominująca rola światowych koncernów, informatyzacja, która została opanowana przez grupę firm, skupiających w swoim ręku praktycznie całą branżę, brak zasad konkurencyjności, nierówne traktowanie przez państwa firm przy rozdziale rządowych kontraktów, wykańczanie przez światowe giganty mniejszych podmiotów, ogólnoświatowy, wielomiliardowy lobbing to wybrane, i tylko ekonomiczne skutki globalizacji, a dalej idą te społeczne i kulturowe: poszerzające się obszary nędzy, głód na połaciach większych niż teren naszego kontynentu, tkwienie w ubóstwie miliarda ludzi, którzy nie mając żadnych możliwości konsumpcyjnych nie liczą się dla gigantów globalnej gospodarki, McDonaldyzacja kultury, wypaczona rola mediów, które z czwartej władzy przeistoczyły się w manipulatorską wszechwładzę. Relatywizm moralny, nietolerancja w stosunku do rodzimych religii w imię rzekomo krzywdzonych obcych wyznań to z kolei efekty innych procesów, wzmocnione tylko globalizacją.

Liberalizm, we właściwym rozumieniu tego słowa, był jeszcze niedawno kręgosłupem współczesnej tożsamości europejskiej, która zrodziła się mniej więcej w czasach Johna Locke'a i właściwe kształtowanie rozpoczęła w oświeceniowej Europie, w dobie rewolucji francuskiej, przez epokę Johna Stuarta Milla aż po czasy powojenne chadeckich Ojców Założycieli i krytyki socjalizmu Ludwiga von Misesa.

Cały okres pooświeceniowy to czas dominacji europejskiej, zwany europocentryzmem, który upłynął pod znakiem ekspansji kultury i tradycji europejskiej. W wyniku dwóch wielkich wojen i dwóch wielkich tyranii wyniszczających możliwości kulturowego oddziaływania Starego Kontynentu rolę eksportera kultury europejskiej przejęły potężne Stany Zjednoczone, które zerwały z izolacjonistycznego doktryną Monroe'a. Co prawda różnią się one w wielu dziedzinach w optyce wartości liberalnych, ale nie odbiegające zbytnio w zakresie generaliów. Fakt negatywnych zjawisk w okresie tych dwóch dominacji był niezaprzeczalny: kolonializm, neokolonializm, militaryzacja, to tylko niektóre grzechy tamtych czasów. Bez względu ile jeszcze okrzyków oburzenia poprawnych politycznie publicystów (całkowicie błędnie nazywanych liberalnymi!) popłynie pod adresem śp. Oriany Fallaci i innych obrońców cywilizacji Zachodu ja twardo będę upierał się przy swojej tezie, że ekspansja wartości europejskich nie była szkodliwa dla ludów na innych kontynentach i dopóki opierała się na zasadach liberalizmu i demokracji przynosiła wiele dobrego mimo oczywistych ubocznych, negatywnych skutków, które zasługują na jednoznaczne potępienie. Przypomnę w tym miejscu słowa Silvio Berlusconiego, za które spotkała go ogólnoświatowa krytyka (warto dodać, że głównie na obszarze Europy, z ust europejskich "elit"): "Powinniśmy być świadomi wyższości naszej cywilizacji, opartej na systemie wartości, który przyniósł powszechny dobrobyt krajom je wyznającym, cywilizacji, która zapewnia poszanowanie praw człowieka i religii. W krajach islamskich takiego poszanowania z pewnością nie ma."

Reakcja na powyżej przytoczone słowa zasługuje na jedno tylko określenie: histeria. Właściwa - moim zdaniem - geneza tolerancji, spowodowała, że w imię tejże zafukano, głupkowatego swoją drogą premiera Włoch, za "nietolerancyjną" wypowiedź. Głosy oburzenia wytykały włoskiemu politykowi pogardę dla islamu, szowinizm kulturowy, fanatyzm religijny, nie zatrzymywały się na zarzutach ksenofobii i euroegoizmu wiodąc do oskarżeń o faszyzm. Takie właśnie reakcje były zdecydowane i przeważały nad rzadkimi głosami broniącymi premiera Italii. Najdziwniejsze dla mnie było to, że na kontynencie, na którym zrodziła się idea wolności poglądów i ich głoszenia nikt nie powołał się na tą właśnie zasadę. Nikt nie powiedział jasno i wyraźnie: "Nie zgadzam się z Silvio Berlusconim, ale uważam, że ma święte, niczym nie ograniczone prawo formułować takie poglądy i publicznie je wygłaszać." Europejska tożsamość? Nie! Strach przed relatywizmem elit i obłudą mediów. Swoboda wypowiedzi? Nie. Poprawność polityczna, nakazująca zniszczyć w obły - bo poprawny politycznie - sposób autora niepopularnej tezy.

Ideą liberalnej demokracji zachodniej była przez dziesięciolecia duma z jej uniwersalności, z jej entuzjazmu i nowatorstwa, które wszystko co spróchniałe i przestarzałe odkładać chciała do lamusa idei, tak samo jak kiczowate nowinki postmodernizmu. Która po imieniu nazywała wszelkie błędy naszej cywilizacji: klerykalizm, syndykalizm, autorytaryzm, centralizm, faszyzm, komunizm, integryzm. Obecnie liberalni ideolodzy zatrzymali się na poziomie piętnowania grzechów, które są demonami przeszłości, które jak wiele gwiazd na naszym niebie święcą nadal, mimo, że od jakiegoś czasu tak naprawdę już ich nie ma... Nowe problemy, które pojawiły się w naszym kręgu kulturowym, przyjmują entuzjastycznie, w imię błędnie rozumianej idei społeczeństw multikultuorwych, myląc tolerancję z abproabatą, a zgodę ze wsparciem. Spychają tym samym zwolenników klasycznego liberalizmu na pozycje bliższe konserwatyzmu, co kiedyś musiałoby się skończyć salwą śmiechu, a teraz przyczynia się do formułowania nowych ideologii będących mieszanką neokonserwatyzmu i postliberalizmu.

Jeżeli uciekamy od naturalnego środowiska, jakim dla zachodnich społeczeństw jest liberalna demokracja to stajemy na pozycjach lemingów, które opuszczają zamieszkiwany przez siebie obszar i podążamy przed siebie, nie mając jasno sprecyzowanego celu lub kierując się wprost ku samozagładzie. Przede wszystkim dlatego, że opuszczamy środowisko do jakiego jesteśmy przystosowani, nasz układ kulturowy, nasz układ immunologiczny, nasz układ gospodarczy. Co powoduje, że coraz więcej osobników naszego gatunku zapada na schizofrenię i chce powierzenia przywództwa w stadzie szaleńcom, dzięki czemu do głosu dochodzą fałszywi prorocy, jak Haider, Le Pen, Lepper, Fini.

Pozbawienie kontynentu europejskiego podstawowego nawozu, jakim była przez minione trzy wieki idea liberalizmu powoduje zerwanie więzi skupiających spadkobierców cywilizacji wyrosłej na gruzach świata śródziemnomorskiego i judeochrześcijańskiego. Po upadku religii w Europie w latach sześćdziesiątych wartości liberalne (niejako alternatywne w stosunku do chrześcijańskich!) były podstawowym czynnikiem spajającym nasz kontynent. Dzisiaj jedynym powszechnym zjawiskiem obserwowanym w Europie i coraz częściej w Stanach Zjednoczonych jest konsumpcjonizm. Podparty postsocjalistycznym modelem państwa opiekuńczego, zamieszkiwanego przez starzejące się społeczeństwo pozbawione jakiekolwiek bodźca i jakiejkolwiek warstwy ideologicznej. Relatywizm i medialna papka utrwalająca nas w przekonaniu, że żeby żyć pełnią życia musimy pieprzyć się sto razy dziennie, zmieniać samochód co kilka lat, zamawiać markowe towary z darmowego katalogu (który jest wydrukowany na papierze wartym więcej niż cała rwandyjska wioska) najlepiej takie jakie mają popbohaterowie - współcześni święci: Britney Spears, Enrique Iglesias i inni. Wiemy przecież o nich więcej niż o starej sąsiadce cierpiącej za rogiem. Chrześcijaństwo niemalże umarło, trzymając się kurczowo wąskiego grona intelektualistów i wieśniaków w co bardziej zacofanych regionach, jest passe, mimo kilkusettysięcznych, publicznych i - niestety - pustych oznak jego wyznawania. Elity mieszczańskie umarły. Przecież nie musimy lecieć do księdza, czy nauczyciela w naszym miasteczku by objaśnił nam co znaczy wybuch wojny Rosji z Japonią, jak to było sto lat temu. Teraz wyjaśnią nam to mądre telewizory, które nadadzą to co medialne koncerny sobie życzą. Wolny rynek umarł pokonany przez globalizację, kapitalizm umarł pokonany przez globalizację, konkurencyjność umarła pokonana przez globalizację. Nasza kultura dyszy jeszcze i może w niej ostatnia nadzieja, może przetrwa gdzieś w zaułkach wielkiego miasta i powróci na salony...

Obecnie można stwierdzić, że zerwanie Europy z liberalną tradycją i praktycznie brak alternatywnej propozycji pozwoli na przejęcie roli czynnika determinującego przez społeczności napływowe - silne dzięki swoim więzom i przywiązaniu do wyznawanych zasad, zarówno religijnych jak i społecznych. Odrzucenie przez nich wartości liberalnych jest pewne jak oparzenie się wrzątkiem. Oczywiście w Ameryce liberalne wartości utrzymają się dłużej, raz ze względu na tamtejszą kondycję tej idei, dwa z powodu umiejętność asymilacyjnych społeczeństwa amerykańskiego, które umie radzić sobie z falami imigrantów, którzy na dodatek mają inne bardziej prozachodnie pochodzenie. Jednak to Europa była kuźnią liberalizmu i tylko ona byłaby w stanie zapewnić odpowiednie zaplecze ideowo - intelektualne dla podtrzymania tych wartości na dłuższą metę. Starzejące się i, nie tylko w wyniku tego, "bezzębne" europejskie narody w trwającym stokilkadziesiąt lat procesie podzielą los Jaćwingów. Zaczną wymierać, zanikać. Początkowo na zachodzie, potem w basenie śródziemnomorskim, a w końcu w centrum. Kto wie może na wschodzie Europy dojdzie do zderzenia się dwóch gigantów przyszłości; Chin i świata islamu? Szkoda, że będzie to na zgliszczach cywilizacji, która wydała Sofoklesa, Platona, św. Franciszka, Rafaela, Leonarda, Szekspira, św. Bernarda, Puszkina, Napoleona, de Gaulle'a, Sartre'a i Jana Pawła II. Pocieszeniem dla znawców historii naszego kraju jest z pewnością fakt, że nie będziemy wtedy musieli wystąpić w roli przedmurza Europy. A może Stwórca spojrzy łaskawiej na tych, którzy cztery razy ratowali dupę Europie i pozwoli aby to na ich ziemi rozegrał się ostatni akt tego dramatu. Może po raz dwudziesty któryś przetoczą się tutaj w tę i z powrotem walce historii miażdżące wszystko co zostało odbudowane od czasów poprzedniego przejścia żywiołów wojny? Chyba lepiej nie :)



PS. Pisząc te słowa, śledzę reakcję na wykład Jego Świątobliwości Benedykta XVI na prześwietnej akademii w Ratyzbonie. "Pokaż mi, co nowego wniósł Mahomet, a znajdziesz tylko rzeczy złe i nieludzkie, jak nakaz szerzenia wiary, którą głosił, z pomocą miecza." Papież posłużył się cytatem z 1391 roku cesarza bizantyjskiego Manuela II Paleologa by ukazać, że wśród krytyków islamu głównym argumentem jest nawoływanie do przemocy w procesie nawracania. Wynika to z kontekstu i z całego wykładu dostępnego w internecie. Rzecznik Watykanu stwierdził, że "z uważnej lektury wypowiedzi Ojca Świętego jasno wynika całkowite odrzucenie przemocy motywowanej religijnie. Nie było natomiast zamiarem Benedykta XVI analizowanie pojęcia dżihadu, ani tym bardziej obrażanie uczuć wyznawców islamu. Wręcz przeciwnie, w papieskich przemówieniach pojawia się w sposób oczywisty upomnienie pod adresem zachodniej kultury, gdy chodzi o prezentowaną przez nią pogardę Boga i cynizm, który za prawo wolności uważa szydzenie z tego co święte. Jasno widać wolę kontynuowania przez Ojca Świętego postawy szacunku i dialogu wobec innych religii i kultur, w tym oczywiście także wobec islamu." Chyba dobrze w tym miejscu przytoczyć słowa samego Papieża (a nie użyty przez Niego cytat na potrzeby wykładu). Są to zdania wypowiedziane w Kolonii w ubiegłym roku: "Drodzy Przyjaciele Muzułmanie! (...) Kościół spogląda z szacunkiem również na muzułmanów, czcicieli jedynego Boga, żyjącego i samoistnego, miłosiernego i wszechmocnego, Stworzyciela Nieba i Ziemi, który przemówił do ludzi. Starają się również poddawać z całej duszy Jego ukrytym postanowieniom, tak jak poddał się Bogu Abraham, do którego islamska wiara chętnie się odwołuje. (...) Nawet jeżeli w ciągu wieków powstawały między chrześcijanami a muzułmanami liczne spory i uczucia wrogości, święty Sobór zachęca wszystkich, aby zapominając o tym, co było, czynili szczere wysiłki zmierzające do wzajemnego zrozumienia i dla dobra wszystkich ludzi dbali wspólnie o sprawiedliwość społeczną, dobro moralne, a także o pokój i wolność oraz je wspierali."

Żenujące oburzenie Europy, krytyka w mediach, ale i po raz pierwszy poparcie ze strony polityków, nie tylko niemieckich (ci rozgrywają własną kartę w grze). Zarzut fanatyzmu, powracania do haseł krzyżowców, przemądrzałość Ratzingera i brak wyczucia z jego strony. Takie reakcje obiegły świat. A gdzie podstawowe zasady: wolności nauki (wykład naukowy profesora teologii), wolności słowa, wolności religijnej? To chyba naturalne, że przywódca ruchu religijnego mówi o wyższości szczerze przez siebie wyznawanej wiary nad wiarą obcą. A może powinien wykupić czas w mediach i reklamować katolicyzm niczym proszek do prania między preparatami na prostatę a kondomami? Obłęd. Żądać od przywódcy konfesji, która zapoczątkowała ekumenizm i dialog międzyreligijny by stawiała swoje wyznanie na równi z innymi religiami. Może w ramach równości zmusić homoseksualistów by odbywali tyle samo stosunków homoseksualnych co heteroseksualnych...A słuchaczy rapu by tyle samo czasu co swojej ulubionej muzie poświęcali na słuchanie innej muzyki. Paranoja.

Gdyby za każdym razem wbijać szpilkę w muzułmanina, gdy Papież zostaje nazwany przez islamistów szatanem, gdy Kościół jest nazywany burdelem, gdy muzułmanin odlewa się pod gotycką katedrą, gdy wyszydzana jest religia chrześcijańska lub świat Zachodni to całe połacie Orientu zamieszkiwali by ludzie podobni do jeży, a blachy na szpilki starczyło by góra do pojutrza. To taki wtręt w ramach równości religijnej, który podpowiadam katolikom bo oni też popadli chyba w sidła poprawności politycznej i przepraszania codziennie za wszystko... A ja bynajmniej nie zamierzam za powyższy tekst przepraszać.

Szczepan Zamokły - Satanowski  

1.   23.10.2006   18:56:51 Święty
Link podaję na życzenie autora. http://www.wandea.org.pl/konsumpcjonizm.htm